Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 maja 2017

List do mamy od córki.

Dzień Matki, 26 maj, święto mamy tuż, tuż.


Droga Mamo,

dziękuję Ci za cierpliwość, teraz mając 26 lat na karku, analizując nasze wzloty i upadki, wiem jak dużo kosztowało Cię cierpliwości i poświęcenia wychowanie mnie. Nigdy mnie nie zawiodłaś, raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale zawsze stoisz za mną murem.

 Nauczyłaś mnie wiary w siebie, że mam być silna, że mogę wszystko, że jeśli nie drzwiami to oknem. Obserwowałam Ciebie, jaką byłaś żoną, matką, wyłuskałam z Twoich zachowań i rytuałów to co dla mnie najlepsze.

 Nie wszystko,  nie wyobrażam sobie być tak oddana  mężczyźnie jak byłaś Ty, toteż Mój wie, gdzie leży żelazko, że zmywarka sama się nie włączy a i śmieci nie wyniosą.

Akceptowałaś wszystkie moje wybory, które nie ma co się oszukiwać, nie zawsze odpowiadały Twojej wizji mojej przyszłości, ale mimo to byłaś ze mną i przy mnie. Jak byłam mała i chciałam grać w tenisa, to grałam, jak jednak skakać do wody, skakałam. Kiedy powiedziałam, że nie idę na studia, tylko jadę do szkoły wizażu do Warszawy, to pojechałam, zrobiłam.

Nigdy nie usłyszałam: a nie mówiłam.

Trzymałaś mnie za rękę, kiedy robiłam pierwszy tatuaż. "Tylko nic nie mów ojcu, jak coś ja o tym nic nie wiedziałam"

Płakałaś ze mną, kiedy walił mi się świat. Głaskałaś po głowię i zawsze powtarzałaś, to minie.

Kiedy rozbiłam Twój samochód, nie krzyczałaś, nie dałaś szlabanu. "To tylko samochód, naprawi się."

Swoim podejściem do mnie spowodowałaś, że nigdy się nie buntowałam. Miałam jasno wytyczone granicę, których się trzymałam, wiedziałam kiedy jest czas na żarty, a kiedy na pracę. Zawsze mogłyśmy się dogadać.

Zaufałaś mi, umożliwiając mi w tak młodym wieku mieszkać samej, nie ciągnęłaś mnie za fraki na wieś, bo tak ma być i już!

I w końcu, nie poddałaś się, kiedy ojciec nas zostawił. Chociaż zostawił obraz jak po wojnie, to wstałaś, otrzepałaś się i brnęłaś dalej. Padłaś? Powstań! Popraw koronę i zasuwaj. Dla mnie, dla siostry.

Ciężko pracujesz dniami i nocami żeby wszystko miało ręce i nogi.

Tak samo dobrą robotę zrobiłaś z siostrą, na którą patrząc, myślę, że obie możemy powiedzieć, że jesteśmy z niej dumne.

Odegrałaś swoją rolę bardzo dobrze, powinnaś za nią dostać Oskara. Mogę być taka jak Ty.

Jestem dumna, kocham.


Córka.




czwartek, 11 maja 2017

Trzęsienie ziemi w mlecznej krainie, czyli pożegnanie z karmieniem piersią.

Jeszcze parę dni temu pisałam o tym, że nie łatwo pogodzić karmienie piersią z podróżowaniem,  już nie będę się nad tym zastanawiać, moja mała postanowiła zakończyć przygodę z cycuchem mamuśki. Nie spodziewałam się że będzie to tak szybko, ale widocznie tak ma być.

Co mogło przyczynić się do tego że moja córka odrzuciła cycka? Na wyjeździe karmiłam ją niekiedy butelką.  Dlaczego? No bo niestety nie zawsze była możliwość nakarmienia dziecka piersią dyskretnie i komfortowo. Pisałam o tym już wcześniej że nie dla mnie wywalanie biustu gdziekolwiek, bo jestem matką karmiącą to mogę, nikt nie ma prawa mi zwracać uwagi i huj. No cóż, no nie...

Po powrocie córa zaczęła świrować, ssała trzy minuty następnie cyrk... Wypluwanie sutka, krzyk, płacz jakby ją ze skóry obdzierali, za chwilę znowu po cycka, 30 sek... znowu to samo wiercenie się, histeria. Dziecko mnie rozpieściło, zaczęło przesypiać całe noce. Budziła się raz na jedzenie i dalej w kimono. A w tym okresie? Mój Boże pobudki co dwie godziny.

Ponieważ zarówno mnie jak i ją kosztowało to wiele nerwów. Widziałam że jest głodna, marudna, więc również dokarmiałam ją butlą. 150 ml mleka i nie to dziecko. Podjęliśmy decyzję, ja i narzeczony, że kończymy karmienie piersią, bo to bez sensu.

Może poszłam na łatwiznę, może powinnam walczyć o to żeby ssała pierś, może powinnam się poświęcić i karmić ją co chwilę, bo wiedziałam że nie dojada, może nie powinnam dokarmiać jej butelką, bo ją rozleniwiłam, może to ja jestem leniwa i wygodnicka.... Może.

 Nie zamierzam się nikomu tłumaczyć. Pożegnanie z piersią. Mleczna kraina w której burmistrzem była moja Mała Księżniczka trwała cztery miesiące. Ona nie sprawia wrażenia żeby jej tego brakowało. Mnie może trochę. Bo jednak była to taka chwila tylko ja i ona. Taka bliskość i więź, która była tylko nasza, ale jak wiemy bliskości z dzieckiem nie można budować na karmieniu piersią, tak więc pieszczot więcej razy trzy i butelka w dłoń!

Ahoj karmiące mamy!


Zapożyczone z demotywatorów.

piątek, 21 kwietnia 2017

#kwiatekdlapiaseckiego

22:45 pewnie poszłabym spać, ale uśpiłam maleńką (właściwie nie wiem czy uśpiłam i mogę sobie przypisywać tą zasługę czy po prostu padła bo króliczek Energizer zakończył swoją aktywność w dniu dzisiejszym) nie mogłam nie skomentować pewnej burzy medialnej. Mam na myśli nagranie przemocy domowej stosowanej przez radnego PiS Rafała Piaseckiego.

Kiedy możemy określić że jest stosowana w stosunku do nas i dzieci przemoc domowa? Same nagrania które udostępniła była żona Piaseckiego są na tyle drastyczne że nie trzeba się nad tym dłużej zastanawiać. Ale co jest tutaj zaskakujące to tłumaczenie radnego m.in. "Nigdy żony nie uderzyłem, najwyżej zatykałem jej ręką buzię, kiedy głośno krzyczała", "Żono od nowego roku będę Cię zdradzał. Zrobię to w imię Boże żeby Ciebie wychować, żebyś zrozumiała, jak powinna funkcjonować prawdziwa chrześcijanka" no i moje ulubione "Oczekiwałem, że przynajmniej raz dziennie poda mi ciepły posiłek, a skoro  zwykle jest zmęczona i chce szybciej iść spać, to wcześniej położy dzieci do łóżek i godzinę od 21 do 22 spędzi ze mną".

No kurwa mać kochane, dochodzi do tego że powinnyśmy padać na kolana kiedy mąż wyniesie po sobie kubek do kuchni i oczywiście być cholernie wdzięczne (bynajmniej ja) że o 23 mogę pisać posta, a nie przymuszona spędzać czas z partnerem. Nóż się w kieszeni otwiera. I co? I takie piekło w imię czego? W imię Boga oczywiście. A co do huja Bóg ma z tym wspólnego?
 
 Ta kobieta powinna dostać medal za odwagę, za udostępnienie tego nagrania po latach takiego traktowania. Pewnie w każdej klatce, w każdym bloku znaleźlibyśmy przejaw jakiegoś rodzaju przemoc domową, bo przemoc domowa ma wiele twarzy. Nie jest to tylko podbite oko jakby się mogło niedouczonym wydawać. Taką przemoc jest najłatwiej udowodnić, droga jest dość prosta, pod warunkiem że ma się odwagę żeby coś z tym zrobić bo... . Bo niestety część kobiet jest od swych mężów, partnerów zależna bądź całkowicie uzależniona. Zazwyczaj niestety w sposób materialny. Żyjemy w czasach kiedy to jeszcze daleka droga do tego aby między zarobkami kobiet i mężczyzn, nawet na podobnych stanowiskach, będzie można postawić znak równości. Mam córkę. Będę ją wychowywać w przekonaniu że to  ona rozdaje karty, to ona ma kierować swoim życiem, podejmować przemyślane i świadome decyzję, a jeśli popełni błąd to przyjąć konsekwencję na barki i nigdy, nigdy nie chować głowy w piasek.

Jeśli same w sobie nie mamy na tyle siły aby powiedzieć DOŚĆ, jest naprawdę wiele fundacji, stowarzyszeń, miejsc gdzie możemy się zgłosić o pomoc jeśli u nas w domu występuje przemoc. Jeśli przemoc przybiera maskę przemocy psychicznej, manipulowania, znęcania się (które ciężko udowodnić) skierujmy się do radcy prawnego, zadzwońmy na telefon zaufania, zróbmy cokolwiek. W szczególności jeśli w domu są dzieci. To nie jest tak, że zamkniesz drzwi do kuchni i jesteś za żelazną kurtyną. Dzieci widzą wszystko, chłoną jak gąbki. Jeśli nie ma się siły w walce o siebie, walczmy o dzieci. Bo jaki wzór rodziny im przedstawiamy? CHRZEŚCIJAŃSKI oczywiście. Jesteśmy wolne i o swoją wolność walczmy. Nie chcę mieszać całej tej religijności w tą całą sytuację ale odnoszę wrażenie że od pewnego czasu im ktoś bardziej religijny i uduchowiony tym większa szuja. Bo jak pójdzie do konfesjonału i ksiądz go odpuka to może wrócić do domu i tłuc żonę, no bo przecież ma wybaczone. Także z mojej strony również #kwiatekdlapiaseckiego


środa, 19 kwietnia 2017

Śnieżna aura... Wspomnienie cięcia cesarskiego.

Święta, święta i po świętach. Jedzenie... Miesiąc treningów szlag trafił napewno. Obżarłam się strasznie, święta to taki okres kiedy poświęcamy dużo więcej czasu na przygotowanie tych wszystkich pysznych rzeczy i potem aż żal wszystkiego nie spróbować. Zasiadamy do stołów i biesiadujemy niczym szlachta. No bo jednak nie ma czasu, albo chęci na przygotowanie tego czy tamtego w normalne dni. Szybka zupa, kotlet. U nas zazwyczaj ryż, kasza gryczana lub makaron,  piersi i warzywa na parze. A w święta  sałatka jarzynowa, sałatka pieczarkowa, żurek z kiełbasą na śniadanie wielkanocne, rosół na obiad, dwa rodzaje mięsa, sałatka z czerwonej kapusty a i z pomidorków też, mazurek, torcik, serniczek...  Wszechobecny majonez! I taka jazda bez trzymanki przez trzy dni. Aż mi wstyd... naprawdę. 

 I kiedy myślałam że prócz wielkanocnego obżarstwa nic mnie już nie zaskoczy to TADAM! 
Śnieg... Właściwie trochę mnie to bawi, widok żonkili w mojej doniczce i żółtych tulipanów na tle zimowego krajobrazu za oknem, a z drugiej strony przeraża mnie to trochę bo chyba mocno przyczyniamy się do tych anomalii pogodowych. Przyczyniamy, MY, piszący my mam na myśli nas jako społeczeństwo, jako małe istotki chodzące po tym świecie i niestety wykazujące się ogromnym brakiem szacunku dla środowiska, przyrody. Są jednostki, które dość mocno są zaangażowane w temat ochrony środowiska, ale są to jednostki. Żebyśmy nie skończyli jak dinozaury.




Przy tej śnieżnej aurze, przypomniał mi się dzień  porodu. 09.01.2017 rok. Jesteśmy ze Śląska rodzić jechałam do Bielska-Białej do prywatnego szpitala. 3... 2... 1... Hejty start.

Dlaczego zdecydowaliśmy się na prywatny szpital?
- Argumentów przemawiających za tym dlaczego jechać prywatnie było mnóstwo. Podziwiam kobiety, na kolana padam, które decyduję się na poród naturalny. Uważam że jesteście niesamowite, ja... no cóż, jeszcze nie będąc w ciąży wiedziałam że nigdy nikt nie namówi mnie na poród naturalny. Chciałam cesarskiego cięcia, ponieważ mieszkam w jakże uduchowionym mieście na śląsku, domyślcie się w jakim, niemalże polski Watykan, wiedziałam że zorganizowanie cesarskiego cięcia, na żądanie, jak to się teraz mówi nie będzie należało do prostych spraw. Znajomi przy narodzinach pierwszego dziecka wylądowali w szpitalu w Bielsku-Białej, prywatny szpital Eskulap. Gdy usłyszałam że po cięciu znajoma po 3h, tak moim mili, po 3h chodziła! Wiedziałam że to będzie mój szpital. Zadzwoniłam, porozmawiałam z recepcją, wiedziałam jaki lekarz, chciałam tego samego doktora co nasza znajoma.

 Koszt uwaga:
- 340 zł pierwsza wizyta. Najpierw spotkanie z doktorem, który przeprowadzałby moją cesarkę. Pełen profesjonalizm. Rozmowa dlaczego, z czym to się je, jak to będzie  wyglądać, jak się przygotować i co robić gdybym jednak nie wytrwała do ustalonego terminu, tylko zaczęła rodzić wcześniej. Wymiana numerami telefonu. USG. Do zobaczenia.

Potem spotkanie z anestezjologiem, notabene, właścicielem szpitala. Spotkanie podobne do poprzedniego z tym że więcej pytań o przebytych chorobach, zabiegach, alergiach, itd, itd. Analiza wyników krwi, podłączanie do pulsometru. Opisał mi na czym będzie polegać znieczulenie, pokazał mi rozmiar igły, który robią wkłucie, przedstawił jak to wszystko wygląda podczas znieczulenia, po, czego mogę się spodziewać. Również wymiana telefonów, opis postępowania co robić, gdybym zaczęła rodzić wcześniej. Ustalone 09.01.2017 cesarka.
- 2500 zł cięcie.
- 500 zł prywatny pokój dla mnie i partnera z łazienką. Pokój jak pokój. Dwa łóżka, łazienka, szafa, szafeczki przy łózkach.

Jak wyglądało przybycie na wyznaczony termin?
- Pojawiliśmy się około 10 rano. W recepcji dano nam dokumenty do wypełnienia, skserowali kartę ciąży, wyniki badań. Po całej papierkologii, pojechaliśmy windą na oddział. Tam zaprowadzono nas do naszego pokoju. Przyniesiono mnie koszule do operacji oraz strój dla mojego narzeczonego. Podano kroplówkę, antybiotyk bo miałam GBS pozytywny. Około 12 przyszła siostra i zaprosiła mnie na salę.

Cesarka. Jak było?
- To co na początku chce Wam przekazać. Nie wiem jak wyglądają cesarki w szpitalach publicznych, pamiętajcie czytając że ja miałam cesarkę prywatnie. Weszłam na salę (byłam niesamowicie posrana). Kazano położyć mi się na łóżku. Trzęsłam się tak strasznie że bałam się że nie wkłują mi się w kręgosłup. Spytałam siostry (bo takie było moje odczucie) - Dlaczego tutaj jest tak zimno? Cała się trzęsę. Na co ona: -Tutaj nie jest zimno, to adrenalina. Podłączono mnie pod cały ten sprzęt. Kazano zwinąć mi się w kłębek, w tzw. koci grzbiet. Właściwie nawet nie poczułam wkłucia, tylko czułam jak to znieczulenie rozchodzi się we mnie. Z tej pozycji już nie byłam w stanie przekręcić się na plecy. Całkowity niedowład. Założono cewnik. Sprawdzono czy coś czuję. Nope. 0. Jakbym była samą głową. Zakryto brzuch, żebym nic nie widziała. Ale... Zrobiłam to, choć na szkolenie rodzenia było - Przy cesarce, nie patrzcie w lampę nad Wami, tam naprawdę wszystko widać. Potwierdzam widać, spojrzałam tylko raz i nigdy więcej.
Dosłownie minuty, jest i ona. Krzyk tej małej istotki. Pokazano mi ją, następnie oddano siostrze i mojemu partnerowi. Był za drzwiami, więc on widział mnie a ja jego, Pokazywał mi na rękach ile cm, i jaka waga :) Kilka łez, koniec przygody ciążowej, początek rodzicielstwa.

12:50 Mała przyszła na świat, o 16 ja już się kąpałam. Wiadomo bolało, ale nie było to ból nie do pokonania. Szwy ciągnęły. Ale to już było nie ważne.

Opieka, od sióstr po lekarzy, pediatrę, doradcę laktacyjnego najlepszy zespół jaki mogłam sobie wyśnić. Opuszczając szpital po dwóch dniach z moich ust - Do zobaczenia. Do następnego.

 Była to fantastyczna przygoda.

Dodam, u mnie całą ciąże ułożenie miednicowe i tak zakończyłoby się cesarką i tak ale możliwe że w innych warunkach i nie byłoby to takie przyjemne. Naprawdę jest to warte tych pieniędzy.
 Tatuś uczył się ubierać początkowo obserwując jak robi to położna. 

wtorek, 11 kwietnia 2017

... przecież musi być coś więcej.

Ostatni post 13.10.2016 dziś 11.04.2017.

Inna pora roku. Inny rok. Inna rola: mama. Macierzyństwo. Dziecko. Partnerstwo. Poród.

Od mojego ostatniego postu wiele się zmieniło. Dzisiaj naszło mnie na refleksje, trenując. Tak, DA SIĘ BĘDĄC MAMĄ TRENOWAĆ. Da się wyjść z domu, na półtorej godziny na siłownie i uwaga! Życie trwa dalej, czas się nie zatrzymuję, ani nie nastaje kataklizm, a i dziecko wychodzi bez szwanku.
"Natalia (mój crossfitowy partner,crossfitowy bo to nowy rodzaj treningu który na stałe zagościł w moim harmonogramie tygodnia, przyszła matka chrzestna mojej córki, przyjaciółka) to już koniec, myślisz? Wiesz, nie zrozum mnie źle, ale czy to ten punkt kulminacyjny mojego życia? Jest coś więcej?"

Poczułam się chwilę jak na równi pochyłej. Jestem mamą, naprawdę nie sądziłam że będę się w tym spełniać, a jednak. Bycie mamą jest zajebiste, nie zamieniłabym tego na nic innego. Ale. No właśnie zawsze jest jakieś ale, Czy to już koniec? Poczułam się pozbawiona pasji, tak jakby bycie mamą było słońcem w układzie planetarnym,  wokół słońca krążą planety. Dzisiaj poczułam jakby wokół mojego słońca (bycie mamą) nie krążyła żadna planeta. Planeta mam na myśli pasja. Bo mimo zmian, to jednak staram się zachować pewną równowagę. Moje dziecko, na ten moment, trzymiesięczne, jest dość proste w obsłudze. Proszę nie wieszać na mnie psów, mam na myśli że jest po prostu grzeczne, Przesypia noce, nie ma kolek, jest radosna i spokojna. Umożliwia nam to, mnie i mojemu lubemu żyć chociaż trochę jak wcześniej tzn. nie zrezygnowaliśmy ze wszystkiego na rzecz macierzyństwa i tacierzyństwa. Opanowaliśmy lepiej zagadnienie: logistyka oraz partnerstwo. I tak kiedy ja jestem na treningu, on jest z małą i na odwrót. Kiedy on kąpie naszą dziecinę, ja idę z psem na dwór, itd, itd.

Razem, wspierając się, da się pogodzić wszystko. I tak jak pisałam kilka postów wcześniej, które notabene wszystkie przeczytałam bo musiałam sobie przypomnieć co tam wymyśliłam, da się mieć dziecko zarazem trenować, mieć porządek w mieszkaniu i ugotowany obiad.

Wiem, wiem, są skrajne przypadki kolek, itd. i wtedy nie jest tak łatwo, bo życie kręci się na noszeniu dziecka na rękach i  uspokajaniu, ale my mamy to szczęście,że nasze dziecko tak jak napisałam wcześniej jest proste w obsłudze :)

Ale wracając do tematu. To już koniec? Życie kręci się wokół macierzyństwa, nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę się w tym spełniam, sprawia mi to ogromną frajdę, ale tak jakby moje życie stało się pozbawione pasji. Trenuje, chodzę do fryzjera, do kosmetyczki robię rzeczy które sprawiają mi przyjemność, utrzymuję równowagę pomiędzy byciem mamą, a kobietą, no ale własnie, wrzuciłabym to do worka hobby, przyjemności,  nie ma pasji. Tak jakby nie było odpowiedzi na pytanie: co dalej? No bo właśnie co? Jaki jest cel? Wiadomo, jest cel, wychować córkę na mądrego i fajnego człowieka. O.K. ale jaki jest mój cel?  Mój osobisty, nie można przecież żyć bez celu. To takie tułanie się,bez sensu, życie z dnia na dzień, od śniadania do kolacji, od poniedziałku do piątku, trwanie, a nie życie, Rozwój osobisty. Ja. Co chce? Do czego dążę poza całym tym macierzyństwem, bo nie na tym świat się kończy, dzieci kiedyś wychodzą z domu. I mimo że do tego  jest bardzo daleko,to jednak nie chce obudzić się za 20 lat i zdać sobie sprawę że moje życie skończyło się na macierzyństwie. Bo przecież musi  być coś więcej, tylko co?





środa, 12 października 2016

Podróże małe i duże.

W połowie września podjęliśmy dość spontaniczną decyzję o wycieczce do Anglii. Mamy tam paru znajomych, którzy osiedlili się na stałe, pokupowali domy, założyli rodziny, układają sobie tam życie. Jakoś nigdy nie było po drodze jechać, odwiedzić. Ciąża i świadomość że pewien etap życia się zamyka dość szybko nas zmotywował. Lecimy! Ceny biletów bomba, wizyta u lekarza, zielone światło, ruszamy.

Obawiałam się samej podróży,  aczkolwiek lot samolotem przespałam jak dziecko, więc nie było powodu do narzekania, nasza dziecinka też bez większych ekscesów.

Sama Anglia... Mnie nie zachwyciła, ale Londyn. Oh Londyn :) Pogoda nie była łaskawa, ale to nic. Na pewno się jeszcze wybierzemy, bo ilość atrakcji jest ogromna, w jeden dzień człowiek nie jest w stanie tego wszystkiego ogarnąć. Obkupiliśmy maleńką na półtora roku do przodu.

Anglia... Dla mnie kraj absurdów.

Dwa krany. Jedną dłoń traktujesz wrzątkiem, od razu przed oczyma masz poparzenie trzeciego stopnia, natomiast druga dłoń jednoczy się z ludźmi mieszkającymi pod kołem biegunowym. Kto to kurwa wymyślił?



Żywienie... A raczej tradycyjne angielskie śniadanie, wszystko smażone, jajka sadzone, smażone pieczarki, smażone pomidory, smażone kiełbaski, fasolka w jakimś ohujałym sosie i tosty. O moje rozczarowanie, wchodząc do restauracji w hotelu w poszukiwaniu świeżych warzyw. Nope. Not this time.

Kurwa... Ruch lewostronny, nie będę tego komentować, ale jak widać absurdów może być wiele.



No i pogoda do dupy, mimo tego wszystkiego stało się coś niespodziewanego. Na London Eye, zostałam poproszona o rękę, nie żebym na to nie czekała, haha. No ale stało się, w samą porę. I tak skończyło się mówienie mój chłopak, muszę przestawić na narzeczony.

Jakbym mi ktoś 3 lata temu powiedział że będę w ciąży z pierścionkiem na palcu, nie uwierzyłabym. Zawsze widziałam się w innej roli, daleko mi było do matki, żony... Los mi dał że się zakochałam, moje plany wywróciły się do góry nogami. No i jest... Maleńka w drodze i złoty pierścionek na palcu. Narzeczony, pies, dziecko w drodze i plany, ale po sobie widzę że plany szybciutko mogą ulec zmianie.



Nie, nie żałuję. Mogłam się bawić, imprezować, pić, tańczyć, wracać  na czworaka do domu, przehulać wypłatę w jeden weekend. A mimo to będę się spełniać w innej roli, mam rodzinę, tą którą sama zakładam.


No bo gdzie z pustymi rękami do znajomych.




wtorek, 27 września 2016

"Kochanie przecież wiesz że mam nie ładną szyję."

Kolejny piękny dzień, który  minął dość szybko.

Wstałam rano, przekopana w nocy przez nienarodzoną (cały czas się zastanawiam czy to aby córunia, czy jednak Lewandowski w wersji mini). Klasyczny poranek kawka, śniadanie dla mnie dla niego, parę telefonów, Facebook (no baa!).

Decyzja zapadła, wychodzę odwiedzić stare śmieci, czyt. miejsce pracy. No i dylemat, w co się ubrać. Przestałam się łudzić odnośnie tego że wejdę w swoje ciuchy, więc wszystkie gdzie na metce widnieje rozmiar 36-38 wyeliminowałam na dolną półkę szafy, co by sama się nie wkurwiać z rana. Jak wiemy w ciąży nastrój te sprawy dość istotne.
Poszłabym w dresach, ale co by wyglądać jak kobieta, w ciąży co prawda, przypominająca orkę, ale jednak kobieta a nie worek kartofli postawiłam na klasykę czarna sukienka, kryjące rajty (o hello sexy!) i sztyblety. Ha! No i Bóg mnie kurwa pokarał... Oj pokarał srogo. Sztyblety mimo że całe skórzane i tylko na koturnie nie na szpilce, to dały się we znaki. Ból stóp nie odpuszcza mnie do tej pory, autem niemalże wjechałam w sąsiada, co by być jak najbliżej klatki i  poczynić jak najmniej kroków na ostatniej prostej. I tak moje rusałkowanie: "Ooo tak! Idzie ona, patrzcie na nią jaka sarenka, z brzuchem, który uniemożliwia jej oglądanie swojej waginy ale proszę Państwa! Jak ona się porusza w tych sztybletach, nie straszne jej opuchnięte kostki, odciski na palcach, ba, nawet 10kg na plusie nie robi różnicy." No i kurwa skończyło się rusałkowanie, mało co z płaczem nie weszłam do domu. Obolałe stopy, odciski na palcu. No głupia baba. Głupia i w ciąży.

No ale pomijając małą wpadkę z obuwiem, ha, to nie koniec. Odwiedziłam swoja pracę, posiedziałam, pomachałam nóżkami, pochwaliłam się butkami, baa, usłyszałam nawet "Kochana te buty nie za wysokie dla Ciebie w tym stanie?" -No co Ty, zajebiste co?  (Głupia suka - sobie pomyślałam, Pomyślałam to czy powiedziałam? Uhh, pomyslałam tylko) I uwaga. Pomknęłam do galerii. Raz że potrzeba posiadania nowych perfum stała się moją obsesją, dwa, dzień chłopaka. Mimo że mojemu do chłopaka było bliżej w 95 roku, to jednak, prezent musi być.

I tak się błąkałam, każdy krok był dla mnie udręką, kurwa, każdy pierdolony krok bolał mnie niemiłosiernie. Ale myślę, nie poddam się, co ja? Nigdy w życiu! I tak z H&M'u do Reserved, to do Wittchen, to spowrotem do H&M, Nike, Adidas i cała masa innych chińskich sklepików z pięknymi manekinami i bilbordami: Be yourself! Challange yourself! Ja pierdole poczułam się jak w serialu coachingowy, możesz wszystko tylko uwierz, ferrari już na Ciebie czeka. Przeczytaj nasze motto! Chcesz mieć naszą bluzę, to nic że wyprodukowaliśmy ją z 5$ sprzedamy Ci za 350zł! Cieszysz się? No to morda w kubeł, bierz, ciesz się że ją masz i nie waż się reklamować! Z pokorą masz ją nosić!Be yourself KURWA!

Zrezygnowana, postawiłam na klasykę. Myślę no nie ma opcji. Będzie mu się podobać, lubi sweterki, kolor fajny inny niz szary i granatowych których pełna szafa, w serek. Rozmiar XXL jest, pani pyta zapakować na prezent. BINGO kurwa! 1:0 dla mnie sztyblety!

No i wracam do domu, klnąc w niebogłosy, słowa same wypływały z moich usta, struny głosowe samoistnie wchodziły w drgania i tak kurwa za kurwą, kurwę poganiałam. Jestem. Dom. Mój Boże w końcu.

Daje prezent, podekscytowany oh i ahy i nie trzeba było itd.

- W serek? Kochanie przecież wiesz że mam nie ładna szyję.

Bang! Bang!

P.S. Dzięki Bogu mam 30 dni na zwrot  lub wymianę. Pamiętajcie kochane. Dzień chłopaka 30 września :)


piątek, 23 września 2016

#czarnyprotest

Jestem przerażona.

Jestem przerażona tym co się dzieję z naszym krajem. Szczerze przestała zaskakiwać mnie ludzka naiwność, którą możemy dostrzec w aferze Amber Gold, gdzie naiwność zwyciężyła ze zdrowym rozsądkiem, lokata w złoto... Szybka droga do sukcesu. Nierealnie oprocentowane lokaty, inwestycja w złoto i inne kruszce. Przyjdź oddaj nam swoje oszczędności, my się nimi zaopiekujemy.  852 mln.... Osiemset pięćdziesiąt dwa MILIONY zdeponowanej gotówki. Brawo wy.

Metoda na wnuczka. Starsi ludzie łatwo mogą paść ofiarą jakiegoś oszustwa, ale moi drodzy, wybaczcie babcia mojego partnera notabene 83 lata, gdy z nią o tym rozmawialiśmy złapała się za głowę. Żeby komuś dać pieniądze, bo niby wnuk go przysłał, bo on miał wypadek. Najpierw dzwoniła by do niego, jeśli by nie odbierał to do mnie, a nie w ciemno: masz, bierz Pan. Niestety głupota.

Posyłanie dzieci sześcioletnich do szkoły. Sama byłam w tzw. zerówce w przedszkolu. Do szkoły poszłam od I klasy. I wiecie co? Nie czuję się z tego powodu skrzywdzona, że może moi rodzice wątpili w mój dar, bądź moją inteligencję, bądź cokolwiek kurwa innego. Z jakiej racji, ktoś ma mi kazać sześciolatka posłać do szkoły? To moje dziecko i to ja podejmuje decyzje.

Kolejne rewelacja. Pomysł zakazu handlu w niedzieli. No przecież nic tylko się śmiać. Pozostawię to bez komentarza. Jedno słowo. DEMOKRACJA.

Naćpani frustraci zdolni zabić za kradzież torebki, mimo że tak naprawdę może być w niej 50 zł.

Kurwa mać, ale bezwzględny zakaz aborcji. Zakaz badań prenatalnych? Więzienie za przerwanie ciąży? Przesłuchania w sytuacji poronienia? Rodzenie dziecka z deformacjami, wadami rozwojowymi, ależ oczywiście niemalże tak samo naturalne jak rodzenie dzieci pochodzących z gwałtów na kobietach. Nie zważania na życie i zdrowie matki. CHRONIĆ PŁÓD! CHRONIĆ PŁÓD!
JAROSŁAW POLSKĘ ZBAW!

Jestem przerażona, zamiast iść z duchem czasu, rozwijać państwo, wspierać społeczeństwo, rozbudowywać gospodarkę, to my cofamy się do średniowiecza. Gdzie kobiety rodziły pod drzewami, nikt nie notował ani nie badał śmiertelności ani ich samych, ani dzieci.
Właściwie zamiast aborcji, zawsze możemy jak w Sparcie, dzieci nie nadające się do armii zrzucać ze skarpy. Najlepiej jak będą wykonywać to ludzie z rządu.

Strach zachodzić w ciąże. Strach przed tym co się dzieje.Strach przed utratą kontroli. Państwo staje się naszym największym wrogiem. Walczmy o nas, o kobiety, o nasze dzieci narodzone, w drodze, nienarodzone, przyszłe, teraźniejsza, o prawo wyboru, prawo podejmowania decyzji. Dla nas, dla naszych córek, dla sióstr.

#czarnyprotest


poniedziałek, 19 września 2016

Idealnie nie idealni.



Czasami mam ochotę go zabić. Utopiłabym go w łyżce zupy (wierzcie mi i vice versa na pewno bo niezłe ze mnie ziółko, ale dobrze się kamufluje), albo zrzuciła z balkonu ale po chwili, niekiedy dłuższej, zastanawiam się: - I co byś robiła dalej? No cóż na rynku atrakcyjności singli spadłam. 
Oj, spadłam na łeb na szyję, haha no tak... Bo teraz będzie mnie dwie. Mój Boże to przerażające.
Mam przewagę. Ale bez niego ? Nudziłoby mi się. 
W okresie ciąży mniej się chyba rozumiemy,odnoszę takie wrażenie, on nie zdaje sobie sprawy co się ze mną dzieję. U niego za wiele się nie zmienia dopóki nie słychać krzyku małego dziecka i histerii matki (czyt. mnie) bo nie wiem co mam robić z noworodkiem. A ja? Mogę zacząć wyliczankę.
Nie śpię, jest to dokuczliwe w szczególności że to dopiero 23 tydzień więc jeszcze 17 przed nami. Ciężko znaleźć mi dogodną pozycję do spania, leżenie na brzuchu, moja ukochana pozycja odpada. Teraz tylko boki, a na boku, a to ręka drętwieje, to z nogą nie wiadomo co zrobić, to brzuch przeszkadza, to nogę trzeba ugiąć, to stopę wysunąć bo za gorąco.Ha! Zapomniałabym. Częstomocz. Jakieś 5 razy w ciągu nocy. Ja pierdole. Ponieważ mój brzuch od 20 tygodnia wystrzelił jak z procy nie przywykłam jeszcze do jego posiadania. I tu kolejny problem.... Schylanie się, nie jest to tak nie znaczące jak do tej pory. Gotowanie? O Jezus, moja ulubiona funkcja w domu. Uwielbiam! 
A teraz aby doprowadzić (doprowadzić to słowo automatycznie nasuwa drugi nieodłączny element: do orgazmu, doprowadzić do orgazmu, ale nie o tym ten akapit) obiad od początku do końca muszę siadać! Jak stara babcia. Nie jestem w stanie stać gotując. Szukam zamienników, obieram warzywa na siedząco, kroje, a wcześniej zawsze tylko stałam bo było mi najwygodniej. 
Sprzątać muszę na raty. Nie przelecę chaty na tzw. jednej szmacie od początku do końca. Wchodzenie po schodach. Dramat. W sobotę byliśmy w galerii. Mój luby poszukiwał butów. 
Wstyd było mi się przyznać bo jakby nie patrząc jestem kobietą, może teraz z dodatkowym bagażem z przodu ciała, ale dalej kobietą do cholery! Lawirowanie między półkami normalnie mnie męczyło, już wiem dlaczego Ci mężczyźni siedzą w różnych zakamarkach sklepów, solidaryzowałam się tym razem z nimi. A misje BUTY i tak zakończyła się niepowodzeniem.
 Higiena osobista. O to kolejny punkt na fantastycznej liście. Tak. Doszłam do tego etapu, że muszę wyciągnąć szyje aby JĄ zobaczyć, albo chociaż zweryfikować jak się ogoliłam, czy bliżej mi do bikini brazylijskiego czy wybiegu dla owiec (owiec już po strzyżeniu). Cellulit i rozstępy.
Wielkie dzięki dla pogody, doczekałam się że jest zimno i mogę chodzić w dresach, żeby nikogo nie gorszyć stanem moich ud, albo bardziej udźców w szortach. Cellulit - cały czas mi się wydaje że po porodzie wchłonie, jak woda w gąbkę. Na razie proszę mnie z błędu nie wyprowadzać jeśli tak nie jest, ale rozstępy! ROZSTĘPY! Boje się ich jak ognia, bo z nimi już nic nie zrobię. Więc co robię? Smaruje się, cały czas. O dzięki Ci składamy o Wielkim Palmersie za stworzenie masła z pompka na rozstępy dla kobiet w ciąży. Zapach tego specyfiku, cóż, pozostawia wiele do życzenia, jak dla kobiet w ciąży zbyt intensywny i mdły. I nie dość ze sama ze sobą walczę i z Palmersem to co słyszę od mojego kochającego partnera? -Ooo, znowu ten balsam antykoncepcyjny.
 Że aż mam ochotę napompować mu Palmersa do buzi. MASZ I ŻYJ Z TYM!
 Wahania nastroju. Powie mi coś krzywego, a ja od razu zalewam się łzami. Co się ze mną dzieję. Ciężko podejmuje mi się decyzję, w szczególności, gdy chodzi  o jedzenie. O tak. Teraz nigdy nie wiem na co mam ochotę, ale muszę mieć pełna lodówkę owoców inaczej wpadam w panikę. Seks. Zupełnie coś innego  niż do tej pory. Bielizna, drażni mnie praktycznie wszystko co nosiłam w ciąży. Stringi? Bleeh.... Koronki... Bleeeh.... Tyle rzeczy się zmienia. Do tego nie dopinam żadnych spodni.  Kochałam legginsy, stanowiły 80% mojej garderoby, teraz jestem już tak szeroka w biodrach że niekiedy boje się że utknę w framudze. I do tego ten wewnętrzny niepokój.
Każde zakłucie w brzuchu, każde swędzenie stopy (czy to już choleostaza czy jeszcze nie?), wszystkie bliżej niewytłumaczalne wycieki z waginy (czy tracę wody płodowe?) potęgują ten niepokój.

 A na koniec gdy ja się uzewnętrzniam usłyszę "Marta, jesteś w ciąży".
Zamiast trochę pogłaskać, trochę zrozumieć "Kochanie jesteś piękna", to tylko ciąża, ciąża, ciążą a no i drugie ulubione słowo mojego lubego H.O.R.M.O.N.Y.   WIEM! Cholera jasna,ważę 70kg, nie widzę własnej waginy nie da się zapomnieć o tym że jestem w ciąży! Nie mogę napić się wina, iść poprzerzucać żelastwa na siłowni, zapalić papierosa! WIEM, WIEM, WIEM że jestem w ciąży!
A meritum jest takie że przed nami jeszcze 17 tygodni.

Rozpoczynamy kolejny piękny tydzień. 12:41 dla większości połowa dniówki w pracy, dla mnie dzień dobry. Dobrze że chociaż mam mojego wiernego kompana, który nie opuszcza mnie nawet na kork :)
P.S. Zacytowałabym WINTER IS COMING z Gry o Tron. Ale może zostaniemy przy jesień.
 Jesień moi mili :)





poniedziałek, 5 września 2016

Czy jest dobry moment na ciążę?

Poniedziałek. Leniwy, deszczowy. U mnie poniedziałki stały leniwe, od kiedy jestem na zwolnieniu tak to się zastanawiałam jak to jest w poniedziałek spać do 10. Teraz wiem, fajnie :) Ale wróćmy do meritum, obudziłam się, włączyłam telewizor leci Dzień dobry TVN, oglądam no i temat w sumie na czasie: Polki coraz później decydują się na dziecko.  Czy jest dobry moment na ciąże?

Jest dobry moment na ciążę, czy nie? Mam nadzieję że ten post nie będzie chaotyczny, ale wnioski aż mi się kotłują w głowie. Jak można ocenić, jaka jest miarodajność stwierdzenia czy to dobry moment, czy nie? Mieszkanie? Tak mamy, trzypokojowe. Praca? Obydwoje pracowaliśmy, użyłam czasu przeszłego, bo teraz ja jestem na zwolnieniu, ale sam fakt, finansowo stać nas. Wiek? Rewelacja, ja 25, on 32. Dojrzałość? Empatia? Skłonność do poświęceń? Jaki jest wyznacznik? Ja podjęłam decyzje całkowicie świadomie, a jak to analizuję to czasem mam te myśli że mogliśmy jeszcze chwile się wstrzymać. I wtedy dalej się zagłębiam, wstrzymać, ale po co, skoro i tak chcemy zakładać rodzinę to co nam da ten jeden  rok więcej. A potem jest ta druga strona medalu. Nie pojedziemy już na wakacje,na których będziemy tylko my. relaks i drinki z palemką, nie będziemy mogli podjąć spontanicznej decyzji że idziemy na imprezę, tańczyć całą noc i wróci na przysłowiowych czworakach. I z jednej strony to wykazuje że może ja, nie jestem całkowicie gotowa na to, na macierzyństwo, na poświęcenie, bo skoro takie błahe rzeczy mi chodzą po głowie, to może mogliśmy jeszcze poczekać, żebym doszła do etapu swojego TIK, TAK, TIK, TAK ale co by było jakby ten etap nie nadszedł? Uważam że im później tym byłoby co raz gorzej.Bo z większej ilości rzeczy trzeba by było zrezygnować. Zawsze doszłyby kolejne plusy który oponowałaby za tym żeby poczekać. I doszłabym pewnie do wieku 30, 32 lat i może włączył się instynkt, ale prawdopodobieństwo zajścia w ciąże już zaczęłaby spadać.

Mężczyźni mają łatwiej, nie rezygnują z tylu rzeczy co kobieta. My ze sobą rozmawialiśmy na ten temat i obydwoje stwierdziliśmy że to ja będę z dzieckiem dopóki nie pójdzie do przedszkola, że nie chcemy posyłać dziecka do żłobka, może gdyby sytuacja by nas zmusiła, do tego że musiałabym wrócić do pracy, to jednak opcja żłobek została by wykorzystana, aczkolwiek mamy ten komfort że na ten moment wygląda na to że będę mogła być z dzieckiem aż pójdzie do przedszkola. Mój partner w dalszym ciągu będzie rano wstawał, pił kawę, jadł śniadanie, szedł do pracy, tyle że teraz będzie dawał dwa całusy na do widzenia, a nie jednego. A ja? Ja nie będę chaotycznie biegać po mieszkaniu, szukając telefonu, w biegu zakładać szpilek i  wracać się po kluczyki do auta, bo oczywiście zapomniałam. Ja będę gotować mleko, bądź kaszkę, myć zęby z dzieckiem, jeść razem śniadanie, bawić się, chodzić na spacery. Brzmi jak idylla. Ale ja lubię swoją pracę i sprawiała mi ona przyjemność więc teraz po prostu muszę się przeprogramować na inną rolę w życiu. I czy na to jest dobry moment kiedykolwiek? Uważam że jeśli jesteś usatysfakcjonowana swoim życiem, to jak ono wygląda, to niestety nigdy nie jest dobry moment. Czasem trzeba po prostu podjąć ryzyko i postawi
ć wszystko na jedną kartę. Kto nie ryzykuję nie pije szampana. Może się okaże że rola pracownika, okaże się tak cholernie gówniana i nijaka że przy roli mamy, zblednie i okaże się: TAK, TO BYŁ DOBRY MOMENT.


P.S. Oby był :)