Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciąża. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lipca 2017

Ciąża rok po roku. Termin luty 2018.

Troszkę czasu upłynęło od ostatniego posta, ale spraw było mnóstwo związanych z chrzcinami córki, przygotowania do wesela, przylot teściów, mamy ... No i najważniejsza sprawa dwie kreski na teście ciążowym.

Jak za dotknięciem magicznej różdżki z dniem kiedy to zobaczyłam zaczęła się moja ciążowa przygoda, nie przypominająca iście hollywoodzkiej produkcji o perfekcyjnym dojrzewaniu młodego człowieka we wnętrznościach rodzicielki.

Mdłości? Mnóstwo.

Wymiotów? Niewiele, aczkolwiek samopoczucie i ciężar na żołądku powodował spędzanie wielu minut z łbem nad toaletą... Przypomniały mi się stare dobre czasy, kiedy to organizm wyzbywał się niestrawionego alkoholu dzień po libacji. 

Przerwanych podróż samochodem? Jedna.

Ilość przespanych godzin? Z każdą drzemką córki.

Bałagan w domu? Permanentny.

Bałagan w głowie? Mały.

Radość? Ogromna. Aczkolwiek z domieszką szoku. Tak, tak... Wiem skąd się biorą dzieci, nawet taki był plan, żeby było jedno po drugim, ale mimo wszystko realizacja miała zostać podjęta z przeminięciem wakacji. A tu Ci... Bang, bang... Here We go.... Here We go.... Here We go.... 

Co to będzie? Się okaże.

Treningi? Jeden.

I tak kiedy to w styczniu tego roku moja przygoda z macierzyństwem się rozpoczęła, tak w lutym 2018 będzie to już jazda bez trzymanki. Sama jeszcze nie mam pomysłu na to jak to będzie, ale wiem, że będzie dobrze. Zastanawia mnie tylko logistyka. Sam widok wózka "rok po roku" mnie przeraził, a potem widok przestrzeni w naszym bagażniku... Cóż też pozostawia wiele do życzenia. 
To co mama zaczynamy tą ciążową jazdę ponownie? Nie bój żaby, tym razem Ci będę towarzyszyć :)

Moja perfekcyjna szafa od podłogi do sufitu na całą długość ściany będzie musiała zostać zdemontowana, bo ni diabła nie zmieścimy w pokoju dwóch łóżeczek. 

Bo jak tu zakłócać sen takiemu słodziakowi?

Nie wyobrażam sobie zakłócać snu mojej przesypiającej całe noce córce z dniem narodzin rodzeństwa, toteż aranżacja pokoju dziecięcego przed nami, no i demontaż wspomnianej wcześniej szafy. Nowy członek rodziny zostanie dorzucony nam na pewien czas do sypialni, a córa pójdzie "na swoje". 

A Wy? Hop, hop... Czy są tutaj mamy dzieci rok po roku? 

Czy jest to do ogarnięcia? :)
Letni chill'

sobota, 17 czerwca 2017

Być jak Anna Lewandowska.

Nie rozumiem hejtu jaki spotyka Anne Lewandowską ze strony mediów czy internautów.

Wpisujemy "Anna Lewandowska" w wyszukiwarce i zaczynają się nagłówki:

 "Anna Lewandowska skrytykowana za zdjęcia"

"Anna Lewandowska wpędza młode mamy w kompleksy"

No tak i tutaj zaczyna się jazda, no bo przecież jak to jest możliwe, że można chwalić się tym jak ciało wygląda po porodzie. Pf... Miesiąc po porodzie!

Jak można wyglądać atrakcyjnie?! TAK atrakcyjnie? - Na pewno nosiła atrapę brzucha, wszystkie zdjęcia to photoshop, a sama zdecydowała się na surykatkę!

 Jak ona to robi, wygląda na wypoczętą! - No przecież jakbyś miała tyle opiekunek, też byś tak wyglądała!

I całe mnóstwo innej krytyki...


 "Anna Lewandowska w kusym topie. Uwagę zwracają jej OGROMNE piersi!" - Przecież powiększanie się biustu po porodzie jest czymś nienaturalnym, na pewno już zdążyła poddać się operacji piersi bo to jest niemożliwe!

Kobiety... Opamiętajcie się!

Zamiast wpędzać Was w kompleksy, powinna motywować, że ciąża to nie jest koniec atrakcyjnego wyglądu! Że jak się chcę to można, że jak się prowadzić zdrowy tryb życia, aktywny, zwracasz uwagę co jesz, jak jesz. Jesz dla dwoje, a nie za dwoje to można wyglądać rewelacyjnie po porodzie!

Ja wiem, dla portalów plotkarskich dzień bez Lewandowskich, to dzień stracony, ale pamiętajcie, to są osoby publiczne! Najlepiej by było zobaczyć nagłówek "Anna Lewandowska - roztyła się po ciąży" i ruszyłaby machina:

"Dobrze jej tak", "A co ona sobie myślała, że ciąża i poród to droga usłana różami?", "Miną wieki nim wróci do formy", "Aniu nie przejmuje się, ja używałam tego super balsamu wyszczuplającego po ciąży, są fantastyczne efekty, na pewno będziesz zadowolona".

Ciąża nie jest usprawiedliwieniem tycia ponad 25 kg... Każdy lekarz Wam to powie, to nie jest zdrowe ani dla dziecka, ani dla Was! Nie jest toteż naturalne! Zmiany w ciele, są nieuniknione, rozstępy są i będą na zawsze ryzykiem wliczonym w ciążę, albo je będziesz mieć, albo nie.

 Ale jest  druga strona medalu, ciąża i poród, urodzenie dziecka nie jest powodem do tego żeby o siebie nie dbać! Żeby sobie odpuścić, bo spełniłaś swój kobiecy obowiązek, urodzisz dziecko, to na całą resztę możesz położyć lachę.

Ludzie to z nami jest coś nie tak, że zamiast czerpać motywację z przykładu Ani Lewandowskiej, że do cholery DA SIĘ! To lepiej wieszać na niej psy, krytykować każde zdjęcie, na którym wygląda atrakcyjnie i szczupło i zrzucać na nią winę "młode mamy zakompleksione".

Umiejętność pogodzenia się z tym, że po ciąży zachodzą zmiany w ciele, a obarczanie całym "ciążowym nieszczęściem"Anny Lewandowskiej to jakiś śmiech na sali!

I owszem, miejcie na uwadze, do cholery, na jej sukces, pracuje pewnie kilkanaście osób, ale ona jest jak jednoosobowa działalność gospodarcza w postaci samej siebie, czerpcie motywację, doceniajcie, znajdujcie dla siebie coś co może warto wprowadzić w życie, co przyczyni się do tego, że poród będzie lżejszy, że powrót do formy będzie łatwiejszy, a nie wylewajcie litry jadu na zadbaną, atrakcyjną młodą mamę, która jest w formie.

Ciąża nie jest usprawiedliwieniem, to lenistwo jest. Macierzyństwo to koniec świata, to od Ciebie zależy czy przyjmiesz na klatę zmiany i czy będzie umiała się zmotywować do działania, do pracy, do wracania do formy, do atrakcyjnego wyglądu, do trenowania, a do cholery, nie musisz kupować karnetu na siłownię, może trenować w domu, na podłodze!

Jak się tylko chce możliwości jest mnóstwo, sztuką tylko jest szukanie rozwiązań a nie wymówek!

Ruszcie dupy sprzed komputerów, oderwijcie wzrok od smartphonów i ruszcie się, z czasem podziękujecie sobie za to, zamiast hejtować w necie!



środa, 19 kwietnia 2017

Śnieżna aura... Wspomnienie cięcia cesarskiego.

Święta, święta i po świętach. Jedzenie... Miesiąc treningów szlag trafił napewno. Obżarłam się strasznie, święta to taki okres kiedy poświęcamy dużo więcej czasu na przygotowanie tych wszystkich pysznych rzeczy i potem aż żal wszystkiego nie spróbować. Zasiadamy do stołów i biesiadujemy niczym szlachta. No bo jednak nie ma czasu, albo chęci na przygotowanie tego czy tamtego w normalne dni. Szybka zupa, kotlet. U nas zazwyczaj ryż, kasza gryczana lub makaron,  piersi i warzywa na parze. A w święta  sałatka jarzynowa, sałatka pieczarkowa, żurek z kiełbasą na śniadanie wielkanocne, rosół na obiad, dwa rodzaje mięsa, sałatka z czerwonej kapusty a i z pomidorków też, mazurek, torcik, serniczek...  Wszechobecny majonez! I taka jazda bez trzymanki przez trzy dni. Aż mi wstyd... naprawdę. 

 I kiedy myślałam że prócz wielkanocnego obżarstwa nic mnie już nie zaskoczy to TADAM! 
Śnieg... Właściwie trochę mnie to bawi, widok żonkili w mojej doniczce i żółtych tulipanów na tle zimowego krajobrazu za oknem, a z drugiej strony przeraża mnie to trochę bo chyba mocno przyczyniamy się do tych anomalii pogodowych. Przyczyniamy, MY, piszący my mam na myśli nas jako społeczeństwo, jako małe istotki chodzące po tym świecie i niestety wykazujące się ogromnym brakiem szacunku dla środowiska, przyrody. Są jednostki, które dość mocno są zaangażowane w temat ochrony środowiska, ale są to jednostki. Żebyśmy nie skończyli jak dinozaury.




Przy tej śnieżnej aurze, przypomniał mi się dzień  porodu. 09.01.2017 rok. Jesteśmy ze Śląska rodzić jechałam do Bielska-Białej do prywatnego szpitala. 3... 2... 1... Hejty start.

Dlaczego zdecydowaliśmy się na prywatny szpital?
- Argumentów przemawiających za tym dlaczego jechać prywatnie było mnóstwo. Podziwiam kobiety, na kolana padam, które decyduję się na poród naturalny. Uważam że jesteście niesamowite, ja... no cóż, jeszcze nie będąc w ciąży wiedziałam że nigdy nikt nie namówi mnie na poród naturalny. Chciałam cesarskiego cięcia, ponieważ mieszkam w jakże uduchowionym mieście na śląsku, domyślcie się w jakim, niemalże polski Watykan, wiedziałam że zorganizowanie cesarskiego cięcia, na żądanie, jak to się teraz mówi nie będzie należało do prostych spraw. Znajomi przy narodzinach pierwszego dziecka wylądowali w szpitalu w Bielsku-Białej, prywatny szpital Eskulap. Gdy usłyszałam że po cięciu znajoma po 3h, tak moim mili, po 3h chodziła! Wiedziałam że to będzie mój szpital. Zadzwoniłam, porozmawiałam z recepcją, wiedziałam jaki lekarz, chciałam tego samego doktora co nasza znajoma.

 Koszt uwaga:
- 340 zł pierwsza wizyta. Najpierw spotkanie z doktorem, który przeprowadzałby moją cesarkę. Pełen profesjonalizm. Rozmowa dlaczego, z czym to się je, jak to będzie  wyglądać, jak się przygotować i co robić gdybym jednak nie wytrwała do ustalonego terminu, tylko zaczęła rodzić wcześniej. Wymiana numerami telefonu. USG. Do zobaczenia.

Potem spotkanie z anestezjologiem, notabene, właścicielem szpitala. Spotkanie podobne do poprzedniego z tym że więcej pytań o przebytych chorobach, zabiegach, alergiach, itd, itd. Analiza wyników krwi, podłączanie do pulsometru. Opisał mi na czym będzie polegać znieczulenie, pokazał mi rozmiar igły, który robią wkłucie, przedstawił jak to wszystko wygląda podczas znieczulenia, po, czego mogę się spodziewać. Również wymiana telefonów, opis postępowania co robić, gdybym zaczęła rodzić wcześniej. Ustalone 09.01.2017 cesarka.
- 2500 zł cięcie.
- 500 zł prywatny pokój dla mnie i partnera z łazienką. Pokój jak pokój. Dwa łóżka, łazienka, szafa, szafeczki przy łózkach.

Jak wyglądało przybycie na wyznaczony termin?
- Pojawiliśmy się około 10 rano. W recepcji dano nam dokumenty do wypełnienia, skserowali kartę ciąży, wyniki badań. Po całej papierkologii, pojechaliśmy windą na oddział. Tam zaprowadzono nas do naszego pokoju. Przyniesiono mnie koszule do operacji oraz strój dla mojego narzeczonego. Podano kroplówkę, antybiotyk bo miałam GBS pozytywny. Około 12 przyszła siostra i zaprosiła mnie na salę.

Cesarka. Jak było?
- To co na początku chce Wam przekazać. Nie wiem jak wyglądają cesarki w szpitalach publicznych, pamiętajcie czytając że ja miałam cesarkę prywatnie. Weszłam na salę (byłam niesamowicie posrana). Kazano położyć mi się na łóżku. Trzęsłam się tak strasznie że bałam się że nie wkłują mi się w kręgosłup. Spytałam siostry (bo takie było moje odczucie) - Dlaczego tutaj jest tak zimno? Cała się trzęsę. Na co ona: -Tutaj nie jest zimno, to adrenalina. Podłączono mnie pod cały ten sprzęt. Kazano zwinąć mi się w kłębek, w tzw. koci grzbiet. Właściwie nawet nie poczułam wkłucia, tylko czułam jak to znieczulenie rozchodzi się we mnie. Z tej pozycji już nie byłam w stanie przekręcić się na plecy. Całkowity niedowład. Założono cewnik. Sprawdzono czy coś czuję. Nope. 0. Jakbym była samą głową. Zakryto brzuch, żebym nic nie widziała. Ale... Zrobiłam to, choć na szkolenie rodzenia było - Przy cesarce, nie patrzcie w lampę nad Wami, tam naprawdę wszystko widać. Potwierdzam widać, spojrzałam tylko raz i nigdy więcej.
Dosłownie minuty, jest i ona. Krzyk tej małej istotki. Pokazano mi ją, następnie oddano siostrze i mojemu partnerowi. Był za drzwiami, więc on widział mnie a ja jego, Pokazywał mi na rękach ile cm, i jaka waga :) Kilka łez, koniec przygody ciążowej, początek rodzicielstwa.

12:50 Mała przyszła na świat, o 16 ja już się kąpałam. Wiadomo bolało, ale nie było to ból nie do pokonania. Szwy ciągnęły. Ale to już było nie ważne.

Opieka, od sióstr po lekarzy, pediatrę, doradcę laktacyjnego najlepszy zespół jaki mogłam sobie wyśnić. Opuszczając szpital po dwóch dniach z moich ust - Do zobaczenia. Do następnego.

 Była to fantastyczna przygoda.

Dodam, u mnie całą ciąże ułożenie miednicowe i tak zakończyłoby się cesarką i tak ale możliwe że w innych warunkach i nie byłoby to takie przyjemne. Naprawdę jest to warte tych pieniędzy.
 Tatuś uczył się ubierać początkowo obserwując jak robi to położna. 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Magiczna Piątka.

Kolejny piękny, jakże słoneczny i optymistyczny dzień. WRÓĆ. Kolejny dzień pod rząd pada deszcz na przemian z jakimiś popieprzonymi wiatrami że łeb chcę urwać. Słońce na chwilę wyjdzie po to żeby nam zakomunikować "Chodźcie jestem dla Was, spacer czeka" spacer przez duże S. Decydujesz się, wychodzę. Bierzesz dziecko, sprawdzasz pieluchę, bierzesz smoczka, kocyk, TAK WYCHODZIMY! I wtedy gdy tylko przekroczysz magiczną granicę swojej dzielnicy słońce postanawia pokazać Ci środkowy palec - a masz naiwniaku, połasiłeś się. KLIK: przycisk, gradobicie,uruchomione.  I tak do huja od kilku dni.

A ja? A ja umyłam okna (robię to dosłownie dwa razy do roku, od święta. Wielkanoc i Boże Narodzenie) i nim zdążyłam pozbierać zużyte ręczniki papierowe z podłogi, tadam.... Deszcz. Także nacieszyłam się czystymi oknami, ale odhaczone, umyte na święta.

Poza moimi codziennymi refleksjami związanymi z szeroko pojętym pojęciem życia, dzisiaj chciałam napisać SUPER POST! Tak właśnie SUPER (mimo iż oglądalność moich postów jest nieco żenująca) to zrobię to dla WAS i dla siebie (dla mnie będzie to ukłon, hołd dla tych o to przedmiotów wymienionych w poście.).

Całkowicie subiektywnie chciałam przedstawić Wam moją magiczną PIĄTKĘ, dzięki której macierzyństwo staje się po prostu łatwiejsze. Naszło mnie na to ponieważ jakiś czas temu rozmawiałam z moją serdeczną koleżanką (nadmienię - ciężarną) Eweliną, siostrą mojej jeszcze bardziej serdecznej koleżanki, o przyszłym macierzyństwie. Jezus.... Zadawała mi tyle pytań na które wydawało mi się że znam odpowiedzi, no bo przecież jestem  teraz taka oczytana, w ciąży miałam czas przewertować część książek znajdujących się na rynku o ciąży i macierzyństwie, tak więc czułam się jak alfa i omega. Na moją wiedzę składała się szeroko pojęta literatura, jak i wiadomości wyniesione ze szkoły rodzenia, dodałabym mamę i teściową aczkolwiek wychowywanie NAS (czyt. 20-30 lat temu) było nieco inne, na pewno bardziej wymagające,ale też pewne nazwałabym to ciekawostki, wprowadziłam w naszym rodzicielskim życiu, jak np. krochmalenie po pierwszej wysypce, która zasypała całą buzię mojej córy. Mam nadzieję że ta nieliczna garstka,z moją siostrą na czele już wyłapała moje poczucie humoru i sarkazm, którym się posługuje, nawiązuje tutaj do słowa WIEDZA, bo mój Boże, wiem niewiele, ale czym mogę to się dziele :)  Naprawdę chętnie dzieliłam się z nią tym co do tej pory zaobserwowałam, wyczytałam lub doświadczyłam. No i tak wymieniłam jej to co zaraz tu opisze.

Nie skupiam się na produktach oczywistych jakimi są niezawodne pieluchy jednorazowe, wynalazek za który nagroda Nobla jest niewystarczająca, wyrażająca ogromną wdzięczność miliona matek, tatusiów, babek, sióstr, wujków i innych którzy kiedykolwiek zaliczyli zmianę choćby jednej pieluchy. Dzięki Bogu nie musimy prać, a nasze mieszkania nie wyglądają jak magiel. Można by dodać butelki, smoczki, wanienki, pudry, mokre chusteczki, kaszki, kubki niekapki, aspirator do nosa pod odkurzacz itd, itd itd, Strasznieeeee tego dużo.

A oto moja nieoczywista i bardzo subiektywna Magiczna Piątka, mój DreamTeam któremu przewodzi:

1) Whisbear Szumiący Miś! Jeśli jesteś przyszłą mamą, nie zastanawiaj się, olej te wszystkie pluszaki i inne gówniane grzechotki, karuzele nad łóżeczko i inne łapacze kurzu. Szumiący Miś Whisbear jest czymś tak fantastycznym że Twoje dziecko, a jeszcze bardziej Ty, początkowo nie będziecie potrzebować niczego innego. Cała charakterystyka dlaczego ten niezwykły miś jest tak cholernie niezwykły jest na większości stron sklepów sprzedających owego zbawiciela :)





Pierwszy miesiąc, a to jest naprawdę najważniejszy miesiąc. Oswajasz się zarówno Ty, Twój partner, dzieciątko (u nas jeszcze pies) z tą nową sytuacją. Sen naprawdę jest wtedy niezastąpiony, żeby trzeźwo myśleć i nie wpadać w panikę przy każdym jęknięciu dziecka. Za dnia nie jest on tak strasznie potrzebny, ale i tak ułatwia życie bo magiczny klik i ten tzw. biały szum momentalnie wyciszy i uśpi Ci dziecko, co  umożliwi Tobie, mamie, umyć się, zjeść, wypić CIEPŁĄ, tak CIEPŁĄ kawę czy herbatę, zrobić cokolwiek na co masz ochotę, możesz zrobić coś produktywnego albo po prostu olać świat i spać razem z dzieciną. Ale moi drodzy, dzień to jest dzień. Ale noc.... O Wielki Mały Szary przypominający ośmiornicę Szumiący Misiu Whisbear, dzięki Ci składam za Twoje niezastąpione nocne wsparcie. U mnie noce wyglądały bardzo prosto, właściwie do tej pory tak wyglądaj, z tym że teraz mojej Małej zdarza się przespać całą noc! Schemat: jęk dziecka, cycek, łóżeczko, klik naszego Szumiącego Misia Whisbear'a (niekiedy nawet obeszło się bez wstawania, ponieważ nasz Miś ma funkcję Cry Sensor, która załącza się jak dzieciątko miałknie, szum nieraz wystarczył i zaoszczędził mi wstawania) śpię dalej. I tak było cały czas, do tej pory kiedy nie może się maleńka wyciszyć to włączam jej szumiącego. Uwielbiam tego Misia, przypominającego ośmiornice, na maksa :)

Jest to zabawka warta tych niecałych 200zł. I jeśli jesteście przyszłymi rodzicami, bądź znajomi pytają co Wam kupić, albo sami się zastanawiacie to Whisbear - Szumiący Miś powinien być na liście MUST HAVE!
A sobie z angielskiego błysnę. A co... Idziemy dalej.

2) KOKON. Początkowo kupiłam bo podobał mi się jego wygląd, traktowałam to jako taki gadżet, a okazuje się że słowo gadżet kokon obraża, bo jest to  super sprawa. Otula dzieciątko, możesz je bezproblemowo przenosić, jest regulowany więc że tak powiem rośnie razem z dzieckiem no i te wysokie boczki. Spokój że dziecko się nie gibnie, możesz maleństwo położyć spać do łóżeczka w kokonie, przenosząc je z kanapy do sypialni i dziecina się nie przebudzi, bo nie zmieniasz jej pozycji, bierzesz je w kokonie.  Moje już jest nieco obżygane, ale można kokon można prać w pralce, ja gdzieś po prostu o tym zapominam, ale fakt jest taki że używamy go codziennie, więc może nie chce sobie uniemożliwiać tego praniem i schnięciem. Jeśli będzie kupować i używać kładźcie dziecku pieluchę tetrową pod główkę, niech ulewa na pieluchę a nie kokon, jeśli chcecie zachować estetykę i tą nieskazitelną czystość.



3) MONITOR ODDECHU. Jestem trochę panikarą, jeśli więc mogłam kupić przedmiot który umożliwi mi spokojny sen, wchodzę w to! I tak zakupiliśmy monitor oddechu, nim podjęliśmy decyzje jakiej firmy dużo czytaliśmy opinii, itd. Teraz zaczęłam się zastanawiać czy nie powinien być na pierwszym miejscu tej listy, przed Szumisiem, no ale niech już tak zostanie. W moim modelu układa się dwie płytki pod materac i instaluje stacje na łóżeczku, kabelki są niewidoczne, płytki też, nie ma żadnego strachu że dziecko będzie miało kontakt z kablami. Klik guziczek i migająca niebieska lampka umożliwia Ci spokojny sen. Nie wstajesz z paniką i nie biegniesz do łóżeczka, kiedy w nocy wstajesz do toalety patrzysz na zegarek i nagle "Kurwa, mała/mały nie wstał od 5h" i skok pantery do łóżeczka i sprawdzanie czy oddycha, nie nasłuchujesz oddechu, nie stresujesz się. Ten magiczny guziczek, uruchamiający machinę monitorowania zapewni Ci niesamowicie komfortowy sen, komfortowy na tyle ile może być przy macierzyństwie.

4) LAKTATOR ELEKTRYCZNY. To jest przedmiot którego zakup proponuje po porodzie, ze względu na to że niestety nigdy nie wiadomo jak to będzie z tym karmieniem piersią, czy wyprodukujemy na tyle mleka żeby dziecko się najadało, czy w ogóle będziemy mieć pokarm, czy dziecina się będzie umiała przyssać i wiele innych czynników, który wpływa na karmienie piersią, bądź nie karmienie. Mnie osobiście laktator ułatwia życie, nie jestem chodzącą spiżarnią, umożliwia nam to (mnie i partnerowi) wyjście niekiedy gdzieś razem, kiedy znajdziemy opiekę dla naszej małej. Odciągasz pokarm, zostawiasz i WITAJ ŚWIECIE, WITAJ WOLNOŚCI! Początkowo kupiłam ręczny i było to najgorzej wydane 30 zł w moim życiu. Jeśli podejmujesz decyzje o laktatorze, to naprawdę nie warto babrać się w ręczny... Tylko zainwestować w elektryczny.

5) BAZA ISOFIX. Szczerze... To uważam że zasługuje również jak pieluchy jednorazowe na jakąś nagrodę. Jeśli jesteś rodzicem, podróżujesz dużo samochodem, dziecko razem z Tobą,  nie zastanawiaj się, kupuj. Jest to wydatek od 300 do nawet i 1000 zł ale to jest inwestycja warta rozważenia. Ja naprawdę jeżdżę z moją małą wszędzie, od wizyt u koleżanek, po zusy srusy, galerie,wszędzie. Jest niemalże zawsze ze mną, co za tym idzie nabijamy tych kilometrów naprawdę dużo. W czym pomaga mi ISOFIX?
  Po pierwsze: baza jest zainstalowana na stałe, co za tym idzie, nie wypinam jej za każdym razem gdy wyciągam, bądź wsadzam dziecko do auta. Prawdopodobieństwo popełnienia błędu przez nieuwagę, pośpiech, rutynę jest znikome, bo baza jest na stałe i tylko wpinasz nosidełko.
  Po drugie: odpukać w niemalowane w momencie jakiejkolwiek stłuczki, wypadku jest to dużo większe zabezpieczenia dziecka niż klasyczne zapinanie nosidełka pasami. Jest to zarazem ogromna wygoda dla mamy co wiąże się z prostotą użytkowania jak i bezpieczeństwo. A podróżując z dzieckiem bezpieczeństwo jest najważniejsze bo to już nie chodzi tylko o nas :)






I tak oto zamykam moją super subiektywną listę Magicznej Piątki. Mam nadzieję że te kilka osób, te kilka zabłąkanych dusz które jakimś cudem trafiły tutaj wyniesie coś mądrego z tego postu.

Pozdrawiam :)

wtorek, 11 kwietnia 2017

... przecież musi być coś więcej.

Ostatni post 13.10.2016 dziś 11.04.2017.

Inna pora roku. Inny rok. Inna rola: mama. Macierzyństwo. Dziecko. Partnerstwo. Poród.

Od mojego ostatniego postu wiele się zmieniło. Dzisiaj naszło mnie na refleksje, trenując. Tak, DA SIĘ BĘDĄC MAMĄ TRENOWAĆ. Da się wyjść z domu, na półtorej godziny na siłownie i uwaga! Życie trwa dalej, czas się nie zatrzymuję, ani nie nastaje kataklizm, a i dziecko wychodzi bez szwanku.
"Natalia (mój crossfitowy partner,crossfitowy bo to nowy rodzaj treningu który na stałe zagościł w moim harmonogramie tygodnia, przyszła matka chrzestna mojej córki, przyjaciółka) to już koniec, myślisz? Wiesz, nie zrozum mnie źle, ale czy to ten punkt kulminacyjny mojego życia? Jest coś więcej?"

Poczułam się chwilę jak na równi pochyłej. Jestem mamą, naprawdę nie sądziłam że będę się w tym spełniać, a jednak. Bycie mamą jest zajebiste, nie zamieniłabym tego na nic innego. Ale. No właśnie zawsze jest jakieś ale, Czy to już koniec? Poczułam się pozbawiona pasji, tak jakby bycie mamą było słońcem w układzie planetarnym,  wokół słońca krążą planety. Dzisiaj poczułam jakby wokół mojego słońca (bycie mamą) nie krążyła żadna planeta. Planeta mam na myśli pasja. Bo mimo zmian, to jednak staram się zachować pewną równowagę. Moje dziecko, na ten moment, trzymiesięczne, jest dość proste w obsłudze. Proszę nie wieszać na mnie psów, mam na myśli że jest po prostu grzeczne, Przesypia noce, nie ma kolek, jest radosna i spokojna. Umożliwia nam to, mnie i mojemu lubemu żyć chociaż trochę jak wcześniej tzn. nie zrezygnowaliśmy ze wszystkiego na rzecz macierzyństwa i tacierzyństwa. Opanowaliśmy lepiej zagadnienie: logistyka oraz partnerstwo. I tak kiedy ja jestem na treningu, on jest z małą i na odwrót. Kiedy on kąpie naszą dziecinę, ja idę z psem na dwór, itd, itd.

Razem, wspierając się, da się pogodzić wszystko. I tak jak pisałam kilka postów wcześniej, które notabene wszystkie przeczytałam bo musiałam sobie przypomnieć co tam wymyśliłam, da się mieć dziecko zarazem trenować, mieć porządek w mieszkaniu i ugotowany obiad.

Wiem, wiem, są skrajne przypadki kolek, itd. i wtedy nie jest tak łatwo, bo życie kręci się na noszeniu dziecka na rękach i  uspokajaniu, ale my mamy to szczęście,że nasze dziecko tak jak napisałam wcześniej jest proste w obsłudze :)

Ale wracając do tematu. To już koniec? Życie kręci się wokół macierzyństwa, nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę się w tym spełniam, sprawia mi to ogromną frajdę, ale tak jakby moje życie stało się pozbawione pasji. Trenuje, chodzę do fryzjera, do kosmetyczki robię rzeczy które sprawiają mi przyjemność, utrzymuję równowagę pomiędzy byciem mamą, a kobietą, no ale własnie, wrzuciłabym to do worka hobby, przyjemności,  nie ma pasji. Tak jakby nie było odpowiedzi na pytanie: co dalej? No bo właśnie co? Jaki jest cel? Wiadomo, jest cel, wychować córkę na mądrego i fajnego człowieka. O.K. ale jaki jest mój cel?  Mój osobisty, nie można przecież żyć bez celu. To takie tułanie się,bez sensu, życie z dnia na dzień, od śniadania do kolacji, od poniedziałku do piątku, trwanie, a nie życie, Rozwój osobisty. Ja. Co chce? Do czego dążę poza całym tym macierzyństwem, bo nie na tym świat się kończy, dzieci kiedyś wychodzą z domu. I mimo że do tego  jest bardzo daleko,to jednak nie chce obudzić się za 20 lat i zdać sobie sprawę że moje życie skończyło się na macierzyństwie. Bo przecież musi  być coś więcej, tylko co?





środa, 12 października 2016

Podróże małe i duże.

W połowie września podjęliśmy dość spontaniczną decyzję o wycieczce do Anglii. Mamy tam paru znajomych, którzy osiedlili się na stałe, pokupowali domy, założyli rodziny, układają sobie tam życie. Jakoś nigdy nie było po drodze jechać, odwiedzić. Ciąża i świadomość że pewien etap życia się zamyka dość szybko nas zmotywował. Lecimy! Ceny biletów bomba, wizyta u lekarza, zielone światło, ruszamy.

Obawiałam się samej podróży,  aczkolwiek lot samolotem przespałam jak dziecko, więc nie było powodu do narzekania, nasza dziecinka też bez większych ekscesów.

Sama Anglia... Mnie nie zachwyciła, ale Londyn. Oh Londyn :) Pogoda nie była łaskawa, ale to nic. Na pewno się jeszcze wybierzemy, bo ilość atrakcji jest ogromna, w jeden dzień człowiek nie jest w stanie tego wszystkiego ogarnąć. Obkupiliśmy maleńką na półtora roku do przodu.

Anglia... Dla mnie kraj absurdów.

Dwa krany. Jedną dłoń traktujesz wrzątkiem, od razu przed oczyma masz poparzenie trzeciego stopnia, natomiast druga dłoń jednoczy się z ludźmi mieszkającymi pod kołem biegunowym. Kto to kurwa wymyślił?



Żywienie... A raczej tradycyjne angielskie śniadanie, wszystko smażone, jajka sadzone, smażone pieczarki, smażone pomidory, smażone kiełbaski, fasolka w jakimś ohujałym sosie i tosty. O moje rozczarowanie, wchodząc do restauracji w hotelu w poszukiwaniu świeżych warzyw. Nope. Not this time.

Kurwa... Ruch lewostronny, nie będę tego komentować, ale jak widać absurdów może być wiele.



No i pogoda do dupy, mimo tego wszystkiego stało się coś niespodziewanego. Na London Eye, zostałam poproszona o rękę, nie żebym na to nie czekała, haha. No ale stało się, w samą porę. I tak skończyło się mówienie mój chłopak, muszę przestawić na narzeczony.

Jakbym mi ktoś 3 lata temu powiedział że będę w ciąży z pierścionkiem na palcu, nie uwierzyłabym. Zawsze widziałam się w innej roli, daleko mi było do matki, żony... Los mi dał że się zakochałam, moje plany wywróciły się do góry nogami. No i jest... Maleńka w drodze i złoty pierścionek na palcu. Narzeczony, pies, dziecko w drodze i plany, ale po sobie widzę że plany szybciutko mogą ulec zmianie.



Nie, nie żałuję. Mogłam się bawić, imprezować, pić, tańczyć, wracać  na czworaka do domu, przehulać wypłatę w jeden weekend. A mimo to będę się spełniać w innej roli, mam rodzinę, tą którą sama zakładam.


No bo gdzie z pustymi rękami do znajomych.




poniedziałek, 3 października 2016

Orcia.

Pogoda... Piękna, od 2 w nocy lecę na paracetamolu, ja urodzony migrenowiec, nie da się aby taka zmiana pogody nie miała wpływu na moją głowę. W ciąży to jest po prostu przejebane, że w żaden sposób nie można sobie pomóc, znaczy przepraszam, no my ciężarne możemy ratować się paracetamolem, ale myślę ze każda kobieta która cierpi na migreny wie że chyba ten paracetamol nawet rozdrobniony i podany dożylnie nie wiele zdziała.

No i tak męczę się od wczoraj, ale byłam twarda, NIE WEZMĘ, głos wewnętrzny zadecydował, prześpię ten ból. I tak próbowałam do 2 w nocy... Wymiękłam, poddałam się, jak narkoman na głodzie zaczęłam szperać po szafkach, oczywiście budząc mojego kompana życia, który notabene nadał mi nowy przydomek ORCIA, wszystko notuje, wszystko zostanie wytknięte jak tylko urodzę i wrócę do formy i znowu będę go zawstydzać moim bicepsem :) I tak o 2 w nocy zaczęłam ratować się paracetamolem, miałam jechać dzisiaj na krzywą cukrową, ale o 7 jak otworzyłam oczy i dalej  roznosiło mi głowę, wiedziałam że krzywa cukrowa będzie musiała poczekać do jutra.

Niby już mi lepiej, ale głowa w dalszym ciągu ćmi, a jak na złość na parterze nowi sąsiedzi przeprowadzają generalny remont łącznie z wybijaniem ścian, więc dźwięk wiertarek, walenia młotem i huj wie jeszcze co doprowadza mnie do pasji. Ale jestem wyrozumiała...

Wracając do ORCI... Mój Boże to jest paradoks. Do 20 tygodnia nie miałam brzucha praktycznie w ogóle, jęczałam do swojego "Może ze mną jest coś nie tak, gdzie ten brzuch? Czemu go nie mam? Może lekarze robią mnie w huja, taki spisek, truman show, mamy Cię, itd?" i tak wywołałam szydło z worka. Od 20 tygodnia jak się zaczęło to nie wierzyłam jak szybko może się to dziać. I tak przemaglowałam swoją szafę i tak rosnę. I muszę podkładać sobie poduszkę pod brzuch kładąc się na boku. I nie mogę już korzystać z  publicznych toalet bo oddawanie moczu  w pozycji narciarza jest już niewykonalna. Bądź tu człowieku zdrów i pisz  wiersze. Kobiecie nigdy się nie dogodzi.

Teraz tylko proszę żeby nie urósł za duży, bo już mi ciężko a tu jeszcze 14 tygodni przed nami.


wtorek, 27 września 2016

"Kochanie przecież wiesz że mam nie ładną szyję."

Kolejny piękny dzień, który  minął dość szybko.

Wstałam rano, przekopana w nocy przez nienarodzoną (cały czas się zastanawiam czy to aby córunia, czy jednak Lewandowski w wersji mini). Klasyczny poranek kawka, śniadanie dla mnie dla niego, parę telefonów, Facebook (no baa!).

Decyzja zapadła, wychodzę odwiedzić stare śmieci, czyt. miejsce pracy. No i dylemat, w co się ubrać. Przestałam się łudzić odnośnie tego że wejdę w swoje ciuchy, więc wszystkie gdzie na metce widnieje rozmiar 36-38 wyeliminowałam na dolną półkę szafy, co by sama się nie wkurwiać z rana. Jak wiemy w ciąży nastrój te sprawy dość istotne.
Poszłabym w dresach, ale co by wyglądać jak kobieta, w ciąży co prawda, przypominająca orkę, ale jednak kobieta a nie worek kartofli postawiłam na klasykę czarna sukienka, kryjące rajty (o hello sexy!) i sztyblety. Ha! No i Bóg mnie kurwa pokarał... Oj pokarał srogo. Sztyblety mimo że całe skórzane i tylko na koturnie nie na szpilce, to dały się we znaki. Ból stóp nie odpuszcza mnie do tej pory, autem niemalże wjechałam w sąsiada, co by być jak najbliżej klatki i  poczynić jak najmniej kroków na ostatniej prostej. I tak moje rusałkowanie: "Ooo tak! Idzie ona, patrzcie na nią jaka sarenka, z brzuchem, który uniemożliwia jej oglądanie swojej waginy ale proszę Państwa! Jak ona się porusza w tych sztybletach, nie straszne jej opuchnięte kostki, odciski na palcach, ba, nawet 10kg na plusie nie robi różnicy." No i kurwa skończyło się rusałkowanie, mało co z płaczem nie weszłam do domu. Obolałe stopy, odciski na palcu. No głupia baba. Głupia i w ciąży.

No ale pomijając małą wpadkę z obuwiem, ha, to nie koniec. Odwiedziłam swoja pracę, posiedziałam, pomachałam nóżkami, pochwaliłam się butkami, baa, usłyszałam nawet "Kochana te buty nie za wysokie dla Ciebie w tym stanie?" -No co Ty, zajebiste co?  (Głupia suka - sobie pomyślałam, Pomyślałam to czy powiedziałam? Uhh, pomyslałam tylko) I uwaga. Pomknęłam do galerii. Raz że potrzeba posiadania nowych perfum stała się moją obsesją, dwa, dzień chłopaka. Mimo że mojemu do chłopaka było bliżej w 95 roku, to jednak, prezent musi być.

I tak się błąkałam, każdy krok był dla mnie udręką, kurwa, każdy pierdolony krok bolał mnie niemiłosiernie. Ale myślę, nie poddam się, co ja? Nigdy w życiu! I tak z H&M'u do Reserved, to do Wittchen, to spowrotem do H&M, Nike, Adidas i cała masa innych chińskich sklepików z pięknymi manekinami i bilbordami: Be yourself! Challange yourself! Ja pierdole poczułam się jak w serialu coachingowy, możesz wszystko tylko uwierz, ferrari już na Ciebie czeka. Przeczytaj nasze motto! Chcesz mieć naszą bluzę, to nic że wyprodukowaliśmy ją z 5$ sprzedamy Ci za 350zł! Cieszysz się? No to morda w kubeł, bierz, ciesz się że ją masz i nie waż się reklamować! Z pokorą masz ją nosić!Be yourself KURWA!

Zrezygnowana, postawiłam na klasykę. Myślę no nie ma opcji. Będzie mu się podobać, lubi sweterki, kolor fajny inny niz szary i granatowych których pełna szafa, w serek. Rozmiar XXL jest, pani pyta zapakować na prezent. BINGO kurwa! 1:0 dla mnie sztyblety!

No i wracam do domu, klnąc w niebogłosy, słowa same wypływały z moich usta, struny głosowe samoistnie wchodziły w drgania i tak kurwa za kurwą, kurwę poganiałam. Jestem. Dom. Mój Boże w końcu.

Daje prezent, podekscytowany oh i ahy i nie trzeba było itd.

- W serek? Kochanie przecież wiesz że mam nie ładna szyję.

Bang! Bang!

P.S. Dzięki Bogu mam 30 dni na zwrot  lub wymianę. Pamiętajcie kochane. Dzień chłopaka 30 września :)


piątek, 23 września 2016

#czarnyprotest

Jestem przerażona.

Jestem przerażona tym co się dzieję z naszym krajem. Szczerze przestała zaskakiwać mnie ludzka naiwność, którą możemy dostrzec w aferze Amber Gold, gdzie naiwność zwyciężyła ze zdrowym rozsądkiem, lokata w złoto... Szybka droga do sukcesu. Nierealnie oprocentowane lokaty, inwestycja w złoto i inne kruszce. Przyjdź oddaj nam swoje oszczędności, my się nimi zaopiekujemy.  852 mln.... Osiemset pięćdziesiąt dwa MILIONY zdeponowanej gotówki. Brawo wy.

Metoda na wnuczka. Starsi ludzie łatwo mogą paść ofiarą jakiegoś oszustwa, ale moi drodzy, wybaczcie babcia mojego partnera notabene 83 lata, gdy z nią o tym rozmawialiśmy złapała się za głowę. Żeby komuś dać pieniądze, bo niby wnuk go przysłał, bo on miał wypadek. Najpierw dzwoniła by do niego, jeśli by nie odbierał to do mnie, a nie w ciemno: masz, bierz Pan. Niestety głupota.

Posyłanie dzieci sześcioletnich do szkoły. Sama byłam w tzw. zerówce w przedszkolu. Do szkoły poszłam od I klasy. I wiecie co? Nie czuję się z tego powodu skrzywdzona, że może moi rodzice wątpili w mój dar, bądź moją inteligencję, bądź cokolwiek kurwa innego. Z jakiej racji, ktoś ma mi kazać sześciolatka posłać do szkoły? To moje dziecko i to ja podejmuje decyzje.

Kolejne rewelacja. Pomysł zakazu handlu w niedzieli. No przecież nic tylko się śmiać. Pozostawię to bez komentarza. Jedno słowo. DEMOKRACJA.

Naćpani frustraci zdolni zabić za kradzież torebki, mimo że tak naprawdę może być w niej 50 zł.

Kurwa mać, ale bezwzględny zakaz aborcji. Zakaz badań prenatalnych? Więzienie za przerwanie ciąży? Przesłuchania w sytuacji poronienia? Rodzenie dziecka z deformacjami, wadami rozwojowymi, ależ oczywiście niemalże tak samo naturalne jak rodzenie dzieci pochodzących z gwałtów na kobietach. Nie zważania na życie i zdrowie matki. CHRONIĆ PŁÓD! CHRONIĆ PŁÓD!
JAROSŁAW POLSKĘ ZBAW!

Jestem przerażona, zamiast iść z duchem czasu, rozwijać państwo, wspierać społeczeństwo, rozbudowywać gospodarkę, to my cofamy się do średniowiecza. Gdzie kobiety rodziły pod drzewami, nikt nie notował ani nie badał śmiertelności ani ich samych, ani dzieci.
Właściwie zamiast aborcji, zawsze możemy jak w Sparcie, dzieci nie nadające się do armii zrzucać ze skarpy. Najlepiej jak będą wykonywać to ludzie z rządu.

Strach zachodzić w ciąże. Strach przed tym co się dzieje.Strach przed utratą kontroli. Państwo staje się naszym największym wrogiem. Walczmy o nas, o kobiety, o nasze dzieci narodzone, w drodze, nienarodzone, przyszłe, teraźniejsza, o prawo wyboru, prawo podejmowania decyzji. Dla nas, dla naszych córek, dla sióstr.

#czarnyprotest


środa, 21 września 2016

Badania prenatalne. Robić? Czy nie robić?

 Żyjąc w XXI wieku nie wyobrażam sobie powierzyć swoje szczęście, mojej rodziny i przyszłego potomka losowi. Medycyna, możliwości wykrywania wszelkich wad genetycznych, rozwojowych płodu, badania prenatalne, ultrasonograficzne, badania krwi, itp itd. Za czasów kiedy my się rodziliśmy (25+ lat temu) matka dowiadywała się w dniu porodu czy to syn czy córka. Nie mówiąc o jakichkolwiek powikłaniach, chorobach.  I nie było zmiłuj, przyjmowało się na klatę co Bóg dał (dla mnie los, bo z wiarą u mnie na bakier, ale podziwiam wierzących, praktykujących, itd).

Z uwagi na mój stan, chętnie dzielę się z innymi przyszłymi mamami swoimi wątpliwościami, doświadczeniami. Polubiłam społeczność na Facebook'u - Ciąża pytania i odpowiedzi, więc z automatu wyskakują mi na tablicy, posty zamieszczane w tej grupie. Kocham XXI wiek :D



I tak nasunął mi się temat na posta, badania prenatalne. Ostatnio wyskoczył mi post na tablicy. Puenta była że dziewczyna miała wątpliwości czy robić badania prenatalne (o zgrozo!). I mój niewielki móżdżek zaczął pracować na najwyższych obrotach. Jak w XXI wieku, w dobie tylu możliwości, rozwiązań można mieć wątpliwości czy w ogóle robić badania prenatalne. Nie neguje podjętych decyzji gdy okazuje się że wyniki nie do końca są takie jakbyśmy chcieli, ale świadome decydowanie się na niewiedzę jest naganne. Żyjemy w czasach kiedy my kobiety mamy takie same prawa jak mężczyźni, możemy pracować, głosować, odnosić sukcesy na tle zawodowym, zakładać własne firmy, rozwijać się, podejmować decyzję czy dojrzałyśmy do roli matki, rozwodzić się, jeśli nie ma już innych możliwości, walczyć o swoje, dlaczego więc miałybyśmy przy świadomości wszystkiego do czego mamy prawo nie robić badań prenatalnych?

Moja ciąża była całkowicie przemyślana, więc gdy tylko odstawiłam tabletki antykoncepcyjne, zadbałam o dietę, brałam kwas foliowy, od samego początku dbałam o skórę żeby konsekwencje rozciągnięcia mojej skóry do powierzchni namiotu były jak najmniejsze (jak wiemy czas pokaże, nawilżanie jedno, geny drugie.) To był pierwszy krok. Zadbać o siebie.

Drugim były badania. Cały czas trenowałam, nigdy nie należałam do osób lekceważących zdrowie, bo wychodzę z założenia że zdrowie mamy tylko jedno, ale musiałam zrobić badania krwi. W moim przypadku nie była to tylko morfologia. Zrobiłam dodatkowo toxoplasmoze (całe życie miałam koty, a wiedziałam że można ją mieć przez kontakt z kocimi odchodami - a tak, sprzątałam kuwety), HIV, zapalenie wątroby typu B typu C. I tak jak teraz wiemy że wirusem HIV nie zarazimy się przez to że ktoś na nas kichnie, tak zapalenie wątroby typu B, C można złapać naprawdę szybko i łatwo. Moją przesłanką do tego by zrobić to badanie było że w wieku 17 lat robiłam tatuaż oraz niezliczone wizyty u dentystów usuwanie zębów, leczenia kanałowe, sztyfty itp, itd. Ponieważ bardzo długo brałam tabletki antykoncepcyjne to zrobiłam wszystko żeńskie hormony. estradiol, progesteron, prolaktyna, LH, FSH, TSH, cholesterol, glukozę. No naprawdę było tego sporo. Wyniki? Idealne. Żadnej anomalii. HIV, WZW B, WZW C, toxoplasmoza nie ma.




Rewelacja. Byłam zachwycona. Wiedziałam że dieta, treningi, naprawdę nie idzie to na marne, miałam czarno na białym że jestem jak to się mawia zdrów jak ryba. Wiedziałam że mój organizm jest gotowy do noszenia w sobie dziecka. Tak nawiasem mówiąc już wtedy byłam w ciąży, lecz zbyt wczesnej żeby wyszło mi cokolwiek z testu ciążowego.

Potem jak każda podobna ciężarna historia. Test II kreski, pierwsza wizyta u lekarza, pierwsze bicie serduszka, podejmowanie decyzji czy wizyty prywatnie czy na kasę chorych. W końcu nastał czas pierwszych badań genetycznych. I tutaj pojawił się delikatny niepokój. A co będzie jeśli...
Ale nie było o czym mówić, badania muszą być, jak się okażę że nie jest dobrze będziemy wtedy się zastanawiać co dalej.

Ja poddałam się badaniom dwuetapowo w 11 tygodniu ciąży (z reguły pierwsze badania wykonuje 12,13 tydzień, ja się trochę wychyliłam przed szereg, ale ze względu na dość szczupła budowę wszystko było widoczne). Ultrasonograficznie oraz z krwi. Cała zabawa, była wykonywana prywatnie. Koszt 400 zł. Pani doktor, ciepła, całkowicie zaangażowana i oddana w pracę którą wykonuję.
Zalety badań? Na tamtym etapie rozwoju  maluszka wiedziałam że rozwija się prawidłowo, żadne obciążenia genetyczne nie wyszyły mi z krwi. Plusy? Spokój ducha oraz super zdjęcia 3D którę z czasem wylądują w albumie. Na tamten moment, dzieciątko przypominało mi bardziej aliena. I to dosłownie tego z filmu m.in. Alien Vs. Predator. Taka mała paskuda. Ale było wszystko dobrze.

Opis wyniku biochemicznego (czyli tego z krwi, inaczej TEST PAPPA) + ultrasonograficzne.



Długopisem zakryłam na jednym zdjęciu imię i nazwisko pani doktor, a na drugim swoje, hehehe :)

Następnie drugie badanie prenatalne w II trymestrze. Bez badania krwi, tylko USG. No i na tych badaniach miód na moje uszy, maleństwo wypisz,wymaluj :) Serduszko z wszystkim komorami, płuca prawidłowo rozwinięte, jelita, mózg na opisie jest pełny wachlarz wypisany tego co mnie pani doktor pokazywała na USG. Koszt 250 zł wykonane w 21 tygodniu. Ostatnie trzecie w 31,32 tygodniu ciąży.



Uważam że badania prenatalne są dowodem dojrzałości do bycia rodzicami, odpowiedzialną matką, świadomym ojcem.

poniedziałek, 19 września 2016

Idealnie nie idealni.



Czasami mam ochotę go zabić. Utopiłabym go w łyżce zupy (wierzcie mi i vice versa na pewno bo niezłe ze mnie ziółko, ale dobrze się kamufluje), albo zrzuciła z balkonu ale po chwili, niekiedy dłuższej, zastanawiam się: - I co byś robiła dalej? No cóż na rynku atrakcyjności singli spadłam. 
Oj, spadłam na łeb na szyję, haha no tak... Bo teraz będzie mnie dwie. Mój Boże to przerażające.
Mam przewagę. Ale bez niego ? Nudziłoby mi się. 
W okresie ciąży mniej się chyba rozumiemy,odnoszę takie wrażenie, on nie zdaje sobie sprawy co się ze mną dzieję. U niego za wiele się nie zmienia dopóki nie słychać krzyku małego dziecka i histerii matki (czyt. mnie) bo nie wiem co mam robić z noworodkiem. A ja? Mogę zacząć wyliczankę.
Nie śpię, jest to dokuczliwe w szczególności że to dopiero 23 tydzień więc jeszcze 17 przed nami. Ciężko znaleźć mi dogodną pozycję do spania, leżenie na brzuchu, moja ukochana pozycja odpada. Teraz tylko boki, a na boku, a to ręka drętwieje, to z nogą nie wiadomo co zrobić, to brzuch przeszkadza, to nogę trzeba ugiąć, to stopę wysunąć bo za gorąco.Ha! Zapomniałabym. Częstomocz. Jakieś 5 razy w ciągu nocy. Ja pierdole. Ponieważ mój brzuch od 20 tygodnia wystrzelił jak z procy nie przywykłam jeszcze do jego posiadania. I tu kolejny problem.... Schylanie się, nie jest to tak nie znaczące jak do tej pory. Gotowanie? O Jezus, moja ulubiona funkcja w domu. Uwielbiam! 
A teraz aby doprowadzić (doprowadzić to słowo automatycznie nasuwa drugi nieodłączny element: do orgazmu, doprowadzić do orgazmu, ale nie o tym ten akapit) obiad od początku do końca muszę siadać! Jak stara babcia. Nie jestem w stanie stać gotując. Szukam zamienników, obieram warzywa na siedząco, kroje, a wcześniej zawsze tylko stałam bo było mi najwygodniej. 
Sprzątać muszę na raty. Nie przelecę chaty na tzw. jednej szmacie od początku do końca. Wchodzenie po schodach. Dramat. W sobotę byliśmy w galerii. Mój luby poszukiwał butów. 
Wstyd było mi się przyznać bo jakby nie patrząc jestem kobietą, może teraz z dodatkowym bagażem z przodu ciała, ale dalej kobietą do cholery! Lawirowanie między półkami normalnie mnie męczyło, już wiem dlaczego Ci mężczyźni siedzą w różnych zakamarkach sklepów, solidaryzowałam się tym razem z nimi. A misje BUTY i tak zakończyła się niepowodzeniem.
 Higiena osobista. O to kolejny punkt na fantastycznej liście. Tak. Doszłam do tego etapu, że muszę wyciągnąć szyje aby JĄ zobaczyć, albo chociaż zweryfikować jak się ogoliłam, czy bliżej mi do bikini brazylijskiego czy wybiegu dla owiec (owiec już po strzyżeniu). Cellulit i rozstępy.
Wielkie dzięki dla pogody, doczekałam się że jest zimno i mogę chodzić w dresach, żeby nikogo nie gorszyć stanem moich ud, albo bardziej udźców w szortach. Cellulit - cały czas mi się wydaje że po porodzie wchłonie, jak woda w gąbkę. Na razie proszę mnie z błędu nie wyprowadzać jeśli tak nie jest, ale rozstępy! ROZSTĘPY! Boje się ich jak ognia, bo z nimi już nic nie zrobię. Więc co robię? Smaruje się, cały czas. O dzięki Ci składamy o Wielkim Palmersie za stworzenie masła z pompka na rozstępy dla kobiet w ciąży. Zapach tego specyfiku, cóż, pozostawia wiele do życzenia, jak dla kobiet w ciąży zbyt intensywny i mdły. I nie dość ze sama ze sobą walczę i z Palmersem to co słyszę od mojego kochającego partnera? -Ooo, znowu ten balsam antykoncepcyjny.
 Że aż mam ochotę napompować mu Palmersa do buzi. MASZ I ŻYJ Z TYM!
 Wahania nastroju. Powie mi coś krzywego, a ja od razu zalewam się łzami. Co się ze mną dzieję. Ciężko podejmuje mi się decyzję, w szczególności, gdy chodzi  o jedzenie. O tak. Teraz nigdy nie wiem na co mam ochotę, ale muszę mieć pełna lodówkę owoców inaczej wpadam w panikę. Seks. Zupełnie coś innego  niż do tej pory. Bielizna, drażni mnie praktycznie wszystko co nosiłam w ciąży. Stringi? Bleeh.... Koronki... Bleeeh.... Tyle rzeczy się zmienia. Do tego nie dopinam żadnych spodni.  Kochałam legginsy, stanowiły 80% mojej garderoby, teraz jestem już tak szeroka w biodrach że niekiedy boje się że utknę w framudze. I do tego ten wewnętrzny niepokój.
Każde zakłucie w brzuchu, każde swędzenie stopy (czy to już choleostaza czy jeszcze nie?), wszystkie bliżej niewytłumaczalne wycieki z waginy (czy tracę wody płodowe?) potęgują ten niepokój.

 A na koniec gdy ja się uzewnętrzniam usłyszę "Marta, jesteś w ciąży".
Zamiast trochę pogłaskać, trochę zrozumieć "Kochanie jesteś piękna", to tylko ciąża, ciąża, ciążą a no i drugie ulubione słowo mojego lubego H.O.R.M.O.N.Y.   WIEM! Cholera jasna,ważę 70kg, nie widzę własnej waginy nie da się zapomnieć o tym że jestem w ciąży! Nie mogę napić się wina, iść poprzerzucać żelastwa na siłowni, zapalić papierosa! WIEM, WIEM, WIEM że jestem w ciąży!
A meritum jest takie że przed nami jeszcze 17 tygodni.

Rozpoczynamy kolejny piękny tydzień. 12:41 dla większości połowa dniówki w pracy, dla mnie dzień dobry. Dobrze że chociaż mam mojego wiernego kompana, który nie opuszcza mnie nawet na kork :)
P.S. Zacytowałabym WINTER IS COMING z Gry o Tron. Ale może zostaniemy przy jesień.
 Jesień moi mili :)





czwartek, 15 września 2016

Ludzie to idioci ...

Kolejny piękny dzień, ze względu na to że jestem na już na zwolnieniu zapomniałam jak to jest się gdzieś spieszyć. Dzisiaj nastał taki poranek że musiałam być gdzieś na 10 rano.

Więc wstaje jak co rano, tyle że nieco wcześniej. Myję się, ubieram, piję kawę widzę i myślę
-O! Miód się skończył, ze względu na to że jestem przyszłą mamą, ze względu na dobro swoje, mojego partnera (który swoją drogą nieźle mnie wczoraj zagotował i dzisiaj rano byłam bliższa do dodania mu cyjanku do  kawy, nie miodu) dziecka i mojej figury ble, ble, ble.... Zrezygnowałam z cukru, na rzecz osładzania sobie (ewentualnie) życia miodem. Organizuje torebkę, czy niczego nie zapomniałam, decyduje się w których butach wyjść. Ok. Jestem gotowa. Wychodzę. Pierwsze piętro. Wróć. Kluczyki od auta. Już jestem lekko poirytowana (23 tydz. ciąży do tej pory wrzuciłam już 6kg uwierzcie da się to odczuć w szczególności pląsając po tych cholernych schodach). Szybka segregacja myśli. Tym razem już wszystko mam. Wsiadam do auta, jadę. Na początek na tzw. ryneczek po miód, wiem że będę wolna dopiero po 17, ryneczek już nie będzie hulał o tej porze, nie będzie miodu, nie będzie kawy, wszyscy umrzemy! Podjeżdżam, wysiadam, dreptam. Buty... Ja pierdole. New Balance, elegancko, lans jest, markowe... Kurwa.  Po przejściu dziesięciu kroków czuję jak rośnie mi odcisk na pięcie. Do dupy z takimi butami, w aucie rozwiązałam sznurówki coby trochę poluzować.
9:35 jadę. Trochę zaczynam być spięta, czy się nie spóźnię. No i zaczyna się. Pokaz wynaturzeń na drodze. Mój Boże kiedy wprowadzą testy na inteligencje przed egzaminem na prawo jazdy. Droga dwupasmowa, a ewenement środkiem. No to ja delikatnie klakson i maham żeby zjechał na dany pas ruchu bo chce wyprzedzić (widzę ze patrzy się baran w lusterko) a on zajmuje całą szerokość ulicy. Nic dopiero sygnalizacja świetlna zmusiła go do zajęcia prawego pasa, iż, gdyż lewy tylko do lewoskrętu. Oddycham. Jestem spokojna, w końcu ciężarna, spokój i opanowanie jest teraz bezcenne, co by maleństwo nie było małym frustratem. Z natury jestem cholernie cierpliwa, spokojna, nauczyła mnie tego praca,  ale na ulicy (w sensie poruszając się samochodem) budzi się we mnie zwierz. Nie musiałam długo czekać na kolejnego geniusza za kółkiem. 45km/h, kurwa mać, ja rozumiem, teren zabudowany, jazda ekonomiczna, niskie spalanie, bezpieczeństwo ale do huja, jak chcesz poruszać się samochodem 45 km/h LEWYM PASEM RUCHU! KURWA! Lewym! To odkop z piwnicy rower, a nie wkurwiaj innych kierowców albo zamień poruszanie się samochodem na rzecz komunikacji miejskiej, sądzę że czas w dotarciu z punktu A do punktu B zajmie mniej więcej tyle samo. A właściwie... Nawiązując do lewego pasa. Czy ludzie naprawdę nie wiedzą że lewy pas służy do wyprzedania? Regularnie jeździmy prawym. Oczywiście chyba że szykujemy się do lewoskrętu, ale poruszając się VW Golfem czy innym Passatem nie potrzebujemy 1,5km drogi prostej aby przyszykować się do skrętu w lewo, jakbyśmy co najmniej posiadali TIRA z dwoma przyczepami. Naprawdę da się jechać prawym pasem, po czym włączyć kierunkowskaz i podłączyć się do ruchu na lewym pasie i skręcić. Czasami mam wrażenie że takich uczestników drogi jest co raz mniej, niedługo będzie jak w filmie "Jestem legendą" Will Smith jeden i banda tych rozwydrzonych paskudnych stworzeń.Tyle że w naszej rzeczywistości Willem Smithem będzie ten normalny, przyzwoity kierowca VS. cała bandów idiotów.
Dotarłam. Dychnęłam. Olałam. Jeszcze tylko powrót do domu.

Dzień dobry  i miłego dnia.

poniedziałek, 5 września 2016

Czy jest dobry moment na ciążę?

Poniedziałek. Leniwy, deszczowy. U mnie poniedziałki stały leniwe, od kiedy jestem na zwolnieniu tak to się zastanawiałam jak to jest w poniedziałek spać do 10. Teraz wiem, fajnie :) Ale wróćmy do meritum, obudziłam się, włączyłam telewizor leci Dzień dobry TVN, oglądam no i temat w sumie na czasie: Polki coraz później decydują się na dziecko.  Czy jest dobry moment na ciąże?

Jest dobry moment na ciążę, czy nie? Mam nadzieję że ten post nie będzie chaotyczny, ale wnioski aż mi się kotłują w głowie. Jak można ocenić, jaka jest miarodajność stwierdzenia czy to dobry moment, czy nie? Mieszkanie? Tak mamy, trzypokojowe. Praca? Obydwoje pracowaliśmy, użyłam czasu przeszłego, bo teraz ja jestem na zwolnieniu, ale sam fakt, finansowo stać nas. Wiek? Rewelacja, ja 25, on 32. Dojrzałość? Empatia? Skłonność do poświęceń? Jaki jest wyznacznik? Ja podjęłam decyzje całkowicie świadomie, a jak to analizuję to czasem mam te myśli że mogliśmy jeszcze chwile się wstrzymać. I wtedy dalej się zagłębiam, wstrzymać, ale po co, skoro i tak chcemy zakładać rodzinę to co nam da ten jeden  rok więcej. A potem jest ta druga strona medalu. Nie pojedziemy już na wakacje,na których będziemy tylko my. relaks i drinki z palemką, nie będziemy mogli podjąć spontanicznej decyzji że idziemy na imprezę, tańczyć całą noc i wróci na przysłowiowych czworakach. I z jednej strony to wykazuje że może ja, nie jestem całkowicie gotowa na to, na macierzyństwo, na poświęcenie, bo skoro takie błahe rzeczy mi chodzą po głowie, to może mogliśmy jeszcze poczekać, żebym doszła do etapu swojego TIK, TAK, TIK, TAK ale co by było jakby ten etap nie nadszedł? Uważam że im później tym byłoby co raz gorzej.Bo z większej ilości rzeczy trzeba by było zrezygnować. Zawsze doszłyby kolejne plusy który oponowałaby za tym żeby poczekać. I doszłabym pewnie do wieku 30, 32 lat i może włączył się instynkt, ale prawdopodobieństwo zajścia w ciąże już zaczęłaby spadać.

Mężczyźni mają łatwiej, nie rezygnują z tylu rzeczy co kobieta. My ze sobą rozmawialiśmy na ten temat i obydwoje stwierdziliśmy że to ja będę z dzieckiem dopóki nie pójdzie do przedszkola, że nie chcemy posyłać dziecka do żłobka, może gdyby sytuacja by nas zmusiła, do tego że musiałabym wrócić do pracy, to jednak opcja żłobek została by wykorzystana, aczkolwiek mamy ten komfort że na ten moment wygląda na to że będę mogła być z dzieckiem aż pójdzie do przedszkola. Mój partner w dalszym ciągu będzie rano wstawał, pił kawę, jadł śniadanie, szedł do pracy, tyle że teraz będzie dawał dwa całusy na do widzenia, a nie jednego. A ja? Ja nie będę chaotycznie biegać po mieszkaniu, szukając telefonu, w biegu zakładać szpilek i  wracać się po kluczyki do auta, bo oczywiście zapomniałam. Ja będę gotować mleko, bądź kaszkę, myć zęby z dzieckiem, jeść razem śniadanie, bawić się, chodzić na spacery. Brzmi jak idylla. Ale ja lubię swoją pracę i sprawiała mi ona przyjemność więc teraz po prostu muszę się przeprogramować na inną rolę w życiu. I czy na to jest dobry moment kiedykolwiek? Uważam że jeśli jesteś usatysfakcjonowana swoim życiem, to jak ono wygląda, to niestety nigdy nie jest dobry moment. Czasem trzeba po prostu podjąć ryzyko i postawi
ć wszystko na jedną kartę. Kto nie ryzykuję nie pije szampana. Może się okaże że rola pracownika, okaże się tak cholernie gówniana i nijaka że przy roli mamy, zblednie i okaże się: TAK, TO BYŁ DOBRY MOMENT.


P.S. Oby był :)

sobota, 3 września 2016

Kobieta - nic nie jest w stanie ją zaskoczyć.

Czas płynie nie ubłaganie. Już wrzesień, już po wakacjach. My w tym roku nie poszaleliśmy, jak podsumowałam tegoroczne lato to właściwie nawet nie byliśmy nigdzie nad wodą. W sensie nie założyłam bikini, nie było plażingu, może Bogu dzięki, w tym roku jeden morświn został w domu :) Poza tym nieszczęśnikami, którzy doświadczyli spotkania pierwszego stopnia z morświnem (czyt. ze mną)  we  Władysławowie, na nasza wspólne szczęście pogoda była tylko jeden dzień. Jej! Wakacje życia. I tu powiem Wam nasuwa się refleksja. My podjęliśmy decyzje dość spontanicznie o wyjeździe z naszą paczką no i pogoda nie była łaskawa, ale są rodziny które cały rok odkładają na wakacje. Z jakiś powodów jadą nad nasze polskie morze a nie za granicę. No i teraz loteria, rosyjska ruletka. Będzie pogoda, czy nie będzie? Jak nie będzie to co? Telefon jeden z moich kompanek (notabene matka dwójki dzieci, może przydałaby jej się fiolka z dodatkową dawką cierpliwości ale jak wiemy nie jesteśmy idealne i nie każda potrafi się przyznać ale pewnie nie raz była w sytuacji gdzie bliżej jej było do słynnej Mamy Madzi, która zaliczyła akcje śliski kocyk niż typowej Matki Polki) :

-Słuchaj zaczęłam nas pakować (nas czyli siebie, dwójkę dzieci i oczywiście męża) i czy Ty też masz tak dużo bagażów? Boże trzy dni temu wróciłam z Bułgarii i nie miałam tyle tobołów na 10 dni jak teraz mam na 3 nad nasze polskie morze. Kur** czy to ze mną jest coś nie tak?

Nie kochana, wszystko jest z Tobą w porządku. Po prostu my, jako kobiety, musimy myśleć o wszystkim, za wszystkich członków rodziny oczywiście z mężem jako wisienką na torcie na czele, jednocześnie będąc jasnowidzami. Przewidując każdy możliwy scenariusz naszego wyjazdu: pogoda - kurtka przeciwdeszczowa, klapki na plaże a no i pod prysznic,  leki! Boże leki na biegunkę, na gorączkę, kaszel,katar, maść na ukąszenia a no i woda utleniona i plaster, czajnik elektryczny, tak lepiej wezmę, może nie będzie na miejscu, jak zrobię kaszkę wieczorem?! Krem do opalania i po opalaniu, a i na poparzenie na wszelki wypadek, dla męża, lepiej wezmę, wapno, tak wapno, zawsze coś może nas uczulić a to przecież nic nie waży, nożyczki, nitkę z igłę na wszelki wypadek. Ubrania, buty, dmuchany materac, laptop, dokumenty, telefon, chyba wszystko. I pakujesz się do auta, walizkami wypchane pod sufit, ale jesteś superwoman, przygotowaną na wszystko, nic nie jest Cię w stanie zaskoczyć i nagle w drodze... "O kur** bikini".

Ja na razie myślę za nas dwoje, przyznaję się, zawsze staram się trochę kontrolować swojego partnera. Klapki spakowałeś? Bieliznę, ciuchy masz? Kurtkę? Kosmetyki? A i tak zawsze usłyszę no czemu mi nie przypomniałaś, tak w tym roku było z ładowarką. Wziąłeś wszystko? - Tak, chodź już wybieramy się sójki za morze (właściwie nie sójki i nie za morze, tylko nad morze ale właściwie wszystko mi jedno). I co?  - Kochanie, pożyczysz mi ładowarki? (Wzięłam dwie, tak też jestem przewidująca, to chyba jakaś nasza super moc, nasza w sensie kobiet) W dobie XXI wieku trzy dni bez telefonu mogłyby doprowadzić do całkowitego zaniku życia towarzyskiego, przecież musimy się odznaczyć na fejsie! To tak jak z treningami, trening bez selfie  uważa się za trening nieodbyty. Pierwsza i najważniejsza prawda każdego FIT Maniaka!

P.S. Nie mam ani jednego zdjęcia w lustrze na siłowni. FU*CK!


Zdjęcie źródło: pinterest.com