Pokazywanie postów oznaczonych etykietą My. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą My. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2017

Ogród zoologiczny w Opolu.

 Dzień wolny, święto, piękna pogoda. Nie wyobrażam sobie takiego dnia spędzić w domu na kanapie.

Z uśmiechem na twarzy wstałam z dzieckiem koło 8 rano, czekałam na pobudkę naszego królewicza. Jej! Wstał!

Co robimy? Co robimy? Pytam, chociaż ja miałam już cały plan wycieczki. Sprawdziłam odległość w kilometrach, ile czasu zajmie nam dojazd, ceny biletów, godziny otwarcia, byłam perfekcyjnie przygotowana na każdy argument typu: daleko, dziecko, późno, itd.

Odległość: 87 km
Szacowany czas podróży: 1h 20 min
Cena biletów: 18 zł
Otwarcie: 10 - 18

Wpakowaliśmy się w auto, pojechaliśmy z córką i znajomymi do  ogrodu zoologicznego w Opolu. Uwielbiam takiego rodzaju spędzanie wolnego czasu. Przede wszystkim koniecznie  wykorzystać pogodę, bo co to za sztuka siedzieć w domu i gnić.


Na miejscu, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to, Opole w przebudowie. Remont za remontem, ale to dobrze, miasta muszą się rozwijać. GPS: skręć w lewo, rzeczywistość ogromny znak: ZAKAZ SKRĘTU W LEWO!

Sam ogród zoologiczny pięknie usytuowany, las, rzeka, polany na których ludzie odpoczywają na kocach, grając z dziećmi w piłkę, super.

Zoo zorganizowane genialnie, czysto, co jakiś czas punkty gastronomiczne, lody, pierdoły. Toalety w dobrych odległościach, choć sama nie korzystałam, o ich stanie wypowiadać się nie mogę.

Jedyne co mi przeszkadzało, to trochę nie czytelne ścieżki, kierunek zwiedzania w prawo, ale w lewo wyspa lemurów i nie wiesz... Czy idąc kierunkiem zwiedzania zajrzysz do króla Juliana, czy jednak iść do lemurów i zawrócić?

Bez problemowo poruszaliśmy się wózkiem, wszędzie są podjazdy, ścieżki są szerokie. Super miejsce na spędzenie wolnego weekendu. Zachęcam do takiego rodzaju aktywności.










wtorek, 16 maja 2017

Namiastka nadchodzącego lata. Czyli Amstaff, mama z córką i balkon.

Wtorek 16.05.2017 namiastka miejmy nadzieję nadchodzącego lata. Rano zaliczyłyśmy kolejną dawkę szczepienia, potem spacer i w domu chill na balkonie. Musimy go sobie  zorganizować aby przebywanie na nim było niczym podróż na Bahamy. No i może żeby sąsiedzi nie widzieli każdego naszego ruchu. Oby ta pogoda nas nie opuściła i było już tylko coraz słoneczniej a co za tym idzie coraz cieplej.

I tak oto przy tej fantastycznej aurze dokończyłam (w końcu) książkę "Duński przepis na szczęście. Najskuteczniejsza filozofia wychowania" ale jej recenzja w kolejnych postach, wypiłam kubek popołudniowej cieplej kawy i relaksowałam się z córką i o zgrozo! Psem z worka "najniebezpieczniejsza rasa świata".


I tak z lewej pies, z prawej córa.


 Gniazdo niczym u starego tetryka.





O zdecydowanie, Love you till The End.


A i obiad na świeżym powietrzu.


 I nóżki gołe!

Najlepszą zakładką - znaleziony mimochodem stary paragon.


Jemu chyba też się podoba.

Pozdrawiamy, cała Trójka, ahoj! 



niedziela, 30 kwietnia 2017

Majóweczka, czysta micha, tryb wakacyjny.

Podróżowanie z dzieckiem, w szczególności z małym, nie należy do łatwych, ale też nie jest nie wykonalne. Przed ewentualnym wyjazdem na wakacje, postanowiliśmy sprawdzić to na własnej skórze. Jak czteromiesięczny maluch zniesie długą podróż samochodem w jednej pozycji? Jak zaadoptuje się w nieswoich warunkach, tzn. nie w swoim codziennym środowisku? No i pytania typu jak pogodzę karmienie piersią, zwiedzając, gdzie warunki nie są jakoś bardzo sprzyjające, czy komfortowe. Nie jestem zwolenniczką wywalania piersi gdzie popadnie, wiem że kobiety o to walczą, nawet lądują w sądzie, bo ktoś gdzieś im zwrócił uwagę, itd. Jak mógł. Nie wnikajmy, afiszowanie się z karmieniem nie leży w mojej naturze, więc była to sprawa dla mnie istotna. Poza tym jak się spakować? Jak to wszystko zorganizować?

I wiecie co?

Da się? Da się. Po raz kolejny udowodniliśmy sami sobie, że dziecko w niczym nas nie ogranicza, plan wyjazdu wymaga jedynie lepszej logistyki i organizacji. Nawet dietę można trzymać w drodze, choć sam urlop rządzi się swoimi prawami.



I tak oto włączyliśmy tryb urlopowy. Pozdrawiamy z nad morza ! :)



środa, 19 kwietnia 2017

Śnieżna aura... Wspomnienie cięcia cesarskiego.

Święta, święta i po świętach. Jedzenie... Miesiąc treningów szlag trafił napewno. Obżarłam się strasznie, święta to taki okres kiedy poświęcamy dużo więcej czasu na przygotowanie tych wszystkich pysznych rzeczy i potem aż żal wszystkiego nie spróbować. Zasiadamy do stołów i biesiadujemy niczym szlachta. No bo jednak nie ma czasu, albo chęci na przygotowanie tego czy tamtego w normalne dni. Szybka zupa, kotlet. U nas zazwyczaj ryż, kasza gryczana lub makaron,  piersi i warzywa na parze. A w święta  sałatka jarzynowa, sałatka pieczarkowa, żurek z kiełbasą na śniadanie wielkanocne, rosół na obiad, dwa rodzaje mięsa, sałatka z czerwonej kapusty a i z pomidorków też, mazurek, torcik, serniczek...  Wszechobecny majonez! I taka jazda bez trzymanki przez trzy dni. Aż mi wstyd... naprawdę. 

 I kiedy myślałam że prócz wielkanocnego obżarstwa nic mnie już nie zaskoczy to TADAM! 
Śnieg... Właściwie trochę mnie to bawi, widok żonkili w mojej doniczce i żółtych tulipanów na tle zimowego krajobrazu za oknem, a z drugiej strony przeraża mnie to trochę bo chyba mocno przyczyniamy się do tych anomalii pogodowych. Przyczyniamy, MY, piszący my mam na myśli nas jako społeczeństwo, jako małe istotki chodzące po tym świecie i niestety wykazujące się ogromnym brakiem szacunku dla środowiska, przyrody. Są jednostki, które dość mocno są zaangażowane w temat ochrony środowiska, ale są to jednostki. Żebyśmy nie skończyli jak dinozaury.




Przy tej śnieżnej aurze, przypomniał mi się dzień  porodu. 09.01.2017 rok. Jesteśmy ze Śląska rodzić jechałam do Bielska-Białej do prywatnego szpitala. 3... 2... 1... Hejty start.

Dlaczego zdecydowaliśmy się na prywatny szpital?
- Argumentów przemawiających za tym dlaczego jechać prywatnie było mnóstwo. Podziwiam kobiety, na kolana padam, które decyduję się na poród naturalny. Uważam że jesteście niesamowite, ja... no cóż, jeszcze nie będąc w ciąży wiedziałam że nigdy nikt nie namówi mnie na poród naturalny. Chciałam cesarskiego cięcia, ponieważ mieszkam w jakże uduchowionym mieście na śląsku, domyślcie się w jakim, niemalże polski Watykan, wiedziałam że zorganizowanie cesarskiego cięcia, na żądanie, jak to się teraz mówi nie będzie należało do prostych spraw. Znajomi przy narodzinach pierwszego dziecka wylądowali w szpitalu w Bielsku-Białej, prywatny szpital Eskulap. Gdy usłyszałam że po cięciu znajoma po 3h, tak moim mili, po 3h chodziła! Wiedziałam że to będzie mój szpital. Zadzwoniłam, porozmawiałam z recepcją, wiedziałam jaki lekarz, chciałam tego samego doktora co nasza znajoma.

 Koszt uwaga:
- 340 zł pierwsza wizyta. Najpierw spotkanie z doktorem, który przeprowadzałby moją cesarkę. Pełen profesjonalizm. Rozmowa dlaczego, z czym to się je, jak to będzie  wyglądać, jak się przygotować i co robić gdybym jednak nie wytrwała do ustalonego terminu, tylko zaczęła rodzić wcześniej. Wymiana numerami telefonu. USG. Do zobaczenia.

Potem spotkanie z anestezjologiem, notabene, właścicielem szpitala. Spotkanie podobne do poprzedniego z tym że więcej pytań o przebytych chorobach, zabiegach, alergiach, itd, itd. Analiza wyników krwi, podłączanie do pulsometru. Opisał mi na czym będzie polegać znieczulenie, pokazał mi rozmiar igły, który robią wkłucie, przedstawił jak to wszystko wygląda podczas znieczulenia, po, czego mogę się spodziewać. Również wymiana telefonów, opis postępowania co robić, gdybym zaczęła rodzić wcześniej. Ustalone 09.01.2017 cesarka.
- 2500 zł cięcie.
- 500 zł prywatny pokój dla mnie i partnera z łazienką. Pokój jak pokój. Dwa łóżka, łazienka, szafa, szafeczki przy łózkach.

Jak wyglądało przybycie na wyznaczony termin?
- Pojawiliśmy się około 10 rano. W recepcji dano nam dokumenty do wypełnienia, skserowali kartę ciąży, wyniki badań. Po całej papierkologii, pojechaliśmy windą na oddział. Tam zaprowadzono nas do naszego pokoju. Przyniesiono mnie koszule do operacji oraz strój dla mojego narzeczonego. Podano kroplówkę, antybiotyk bo miałam GBS pozytywny. Około 12 przyszła siostra i zaprosiła mnie na salę.

Cesarka. Jak było?
- To co na początku chce Wam przekazać. Nie wiem jak wyglądają cesarki w szpitalach publicznych, pamiętajcie czytając że ja miałam cesarkę prywatnie. Weszłam na salę (byłam niesamowicie posrana). Kazano położyć mi się na łóżku. Trzęsłam się tak strasznie że bałam się że nie wkłują mi się w kręgosłup. Spytałam siostry (bo takie było moje odczucie) - Dlaczego tutaj jest tak zimno? Cała się trzęsę. Na co ona: -Tutaj nie jest zimno, to adrenalina. Podłączono mnie pod cały ten sprzęt. Kazano zwinąć mi się w kłębek, w tzw. koci grzbiet. Właściwie nawet nie poczułam wkłucia, tylko czułam jak to znieczulenie rozchodzi się we mnie. Z tej pozycji już nie byłam w stanie przekręcić się na plecy. Całkowity niedowład. Założono cewnik. Sprawdzono czy coś czuję. Nope. 0. Jakbym była samą głową. Zakryto brzuch, żebym nic nie widziała. Ale... Zrobiłam to, choć na szkolenie rodzenia było - Przy cesarce, nie patrzcie w lampę nad Wami, tam naprawdę wszystko widać. Potwierdzam widać, spojrzałam tylko raz i nigdy więcej.
Dosłownie minuty, jest i ona. Krzyk tej małej istotki. Pokazano mi ją, następnie oddano siostrze i mojemu partnerowi. Był za drzwiami, więc on widział mnie a ja jego, Pokazywał mi na rękach ile cm, i jaka waga :) Kilka łez, koniec przygody ciążowej, początek rodzicielstwa.

12:50 Mała przyszła na świat, o 16 ja już się kąpałam. Wiadomo bolało, ale nie było to ból nie do pokonania. Szwy ciągnęły. Ale to już było nie ważne.

Opieka, od sióstr po lekarzy, pediatrę, doradcę laktacyjnego najlepszy zespół jaki mogłam sobie wyśnić. Opuszczając szpital po dwóch dniach z moich ust - Do zobaczenia. Do następnego.

 Była to fantastyczna przygoda.

Dodam, u mnie całą ciąże ułożenie miednicowe i tak zakończyłoby się cesarką i tak ale możliwe że w innych warunkach i nie byłoby to takie przyjemne. Naprawdę jest to warte tych pieniędzy.
 Tatuś uczył się ubierać początkowo obserwując jak robi to położna. 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Magiczna Piątka.

Kolejny piękny, jakże słoneczny i optymistyczny dzień. WRÓĆ. Kolejny dzień pod rząd pada deszcz na przemian z jakimiś popieprzonymi wiatrami że łeb chcę urwać. Słońce na chwilę wyjdzie po to żeby nam zakomunikować "Chodźcie jestem dla Was, spacer czeka" spacer przez duże S. Decydujesz się, wychodzę. Bierzesz dziecko, sprawdzasz pieluchę, bierzesz smoczka, kocyk, TAK WYCHODZIMY! I wtedy gdy tylko przekroczysz magiczną granicę swojej dzielnicy słońce postanawia pokazać Ci środkowy palec - a masz naiwniaku, połasiłeś się. KLIK: przycisk, gradobicie,uruchomione.  I tak do huja od kilku dni.

A ja? A ja umyłam okna (robię to dosłownie dwa razy do roku, od święta. Wielkanoc i Boże Narodzenie) i nim zdążyłam pozbierać zużyte ręczniki papierowe z podłogi, tadam.... Deszcz. Także nacieszyłam się czystymi oknami, ale odhaczone, umyte na święta.

Poza moimi codziennymi refleksjami związanymi z szeroko pojętym pojęciem życia, dzisiaj chciałam napisać SUPER POST! Tak właśnie SUPER (mimo iż oglądalność moich postów jest nieco żenująca) to zrobię to dla WAS i dla siebie (dla mnie będzie to ukłon, hołd dla tych o to przedmiotów wymienionych w poście.).

Całkowicie subiektywnie chciałam przedstawić Wam moją magiczną PIĄTKĘ, dzięki której macierzyństwo staje się po prostu łatwiejsze. Naszło mnie na to ponieważ jakiś czas temu rozmawiałam z moją serdeczną koleżanką (nadmienię - ciężarną) Eweliną, siostrą mojej jeszcze bardziej serdecznej koleżanki, o przyszłym macierzyństwie. Jezus.... Zadawała mi tyle pytań na które wydawało mi się że znam odpowiedzi, no bo przecież jestem  teraz taka oczytana, w ciąży miałam czas przewertować część książek znajdujących się na rynku o ciąży i macierzyństwie, tak więc czułam się jak alfa i omega. Na moją wiedzę składała się szeroko pojęta literatura, jak i wiadomości wyniesione ze szkoły rodzenia, dodałabym mamę i teściową aczkolwiek wychowywanie NAS (czyt. 20-30 lat temu) było nieco inne, na pewno bardziej wymagające,ale też pewne nazwałabym to ciekawostki, wprowadziłam w naszym rodzicielskim życiu, jak np. krochmalenie po pierwszej wysypce, która zasypała całą buzię mojej córy. Mam nadzieję że ta nieliczna garstka,z moją siostrą na czele już wyłapała moje poczucie humoru i sarkazm, którym się posługuje, nawiązuje tutaj do słowa WIEDZA, bo mój Boże, wiem niewiele, ale czym mogę to się dziele :)  Naprawdę chętnie dzieliłam się z nią tym co do tej pory zaobserwowałam, wyczytałam lub doświadczyłam. No i tak wymieniłam jej to co zaraz tu opisze.

Nie skupiam się na produktach oczywistych jakimi są niezawodne pieluchy jednorazowe, wynalazek za który nagroda Nobla jest niewystarczająca, wyrażająca ogromną wdzięczność miliona matek, tatusiów, babek, sióstr, wujków i innych którzy kiedykolwiek zaliczyli zmianę choćby jednej pieluchy. Dzięki Bogu nie musimy prać, a nasze mieszkania nie wyglądają jak magiel. Można by dodać butelki, smoczki, wanienki, pudry, mokre chusteczki, kaszki, kubki niekapki, aspirator do nosa pod odkurzacz itd, itd itd, Strasznieeeee tego dużo.

A oto moja nieoczywista i bardzo subiektywna Magiczna Piątka, mój DreamTeam któremu przewodzi:

1) Whisbear Szumiący Miś! Jeśli jesteś przyszłą mamą, nie zastanawiaj się, olej te wszystkie pluszaki i inne gówniane grzechotki, karuzele nad łóżeczko i inne łapacze kurzu. Szumiący Miś Whisbear jest czymś tak fantastycznym że Twoje dziecko, a jeszcze bardziej Ty, początkowo nie będziecie potrzebować niczego innego. Cała charakterystyka dlaczego ten niezwykły miś jest tak cholernie niezwykły jest na większości stron sklepów sprzedających owego zbawiciela :)





Pierwszy miesiąc, a to jest naprawdę najważniejszy miesiąc. Oswajasz się zarówno Ty, Twój partner, dzieciątko (u nas jeszcze pies) z tą nową sytuacją. Sen naprawdę jest wtedy niezastąpiony, żeby trzeźwo myśleć i nie wpadać w panikę przy każdym jęknięciu dziecka. Za dnia nie jest on tak strasznie potrzebny, ale i tak ułatwia życie bo magiczny klik i ten tzw. biały szum momentalnie wyciszy i uśpi Ci dziecko, co  umożliwi Tobie, mamie, umyć się, zjeść, wypić CIEPŁĄ, tak CIEPŁĄ kawę czy herbatę, zrobić cokolwiek na co masz ochotę, możesz zrobić coś produktywnego albo po prostu olać świat i spać razem z dzieciną. Ale moi drodzy, dzień to jest dzień. Ale noc.... O Wielki Mały Szary przypominający ośmiornicę Szumiący Misiu Whisbear, dzięki Ci składam za Twoje niezastąpione nocne wsparcie. U mnie noce wyglądały bardzo prosto, właściwie do tej pory tak wyglądaj, z tym że teraz mojej Małej zdarza się przespać całą noc! Schemat: jęk dziecka, cycek, łóżeczko, klik naszego Szumiącego Misia Whisbear'a (niekiedy nawet obeszło się bez wstawania, ponieważ nasz Miś ma funkcję Cry Sensor, która załącza się jak dzieciątko miałknie, szum nieraz wystarczył i zaoszczędził mi wstawania) śpię dalej. I tak było cały czas, do tej pory kiedy nie może się maleńka wyciszyć to włączam jej szumiącego. Uwielbiam tego Misia, przypominającego ośmiornice, na maksa :)

Jest to zabawka warta tych niecałych 200zł. I jeśli jesteście przyszłymi rodzicami, bądź znajomi pytają co Wam kupić, albo sami się zastanawiacie to Whisbear - Szumiący Miś powinien być na liście MUST HAVE!
A sobie z angielskiego błysnę. A co... Idziemy dalej.

2) KOKON. Początkowo kupiłam bo podobał mi się jego wygląd, traktowałam to jako taki gadżet, a okazuje się że słowo gadżet kokon obraża, bo jest to  super sprawa. Otula dzieciątko, możesz je bezproblemowo przenosić, jest regulowany więc że tak powiem rośnie razem z dzieckiem no i te wysokie boczki. Spokój że dziecko się nie gibnie, możesz maleństwo położyć spać do łóżeczka w kokonie, przenosząc je z kanapy do sypialni i dziecina się nie przebudzi, bo nie zmieniasz jej pozycji, bierzesz je w kokonie.  Moje już jest nieco obżygane, ale można kokon można prać w pralce, ja gdzieś po prostu o tym zapominam, ale fakt jest taki że używamy go codziennie, więc może nie chce sobie uniemożliwiać tego praniem i schnięciem. Jeśli będzie kupować i używać kładźcie dziecku pieluchę tetrową pod główkę, niech ulewa na pieluchę a nie kokon, jeśli chcecie zachować estetykę i tą nieskazitelną czystość.



3) MONITOR ODDECHU. Jestem trochę panikarą, jeśli więc mogłam kupić przedmiot który umożliwi mi spokojny sen, wchodzę w to! I tak zakupiliśmy monitor oddechu, nim podjęliśmy decyzje jakiej firmy dużo czytaliśmy opinii, itd. Teraz zaczęłam się zastanawiać czy nie powinien być na pierwszym miejscu tej listy, przed Szumisiem, no ale niech już tak zostanie. W moim modelu układa się dwie płytki pod materac i instaluje stacje na łóżeczku, kabelki są niewidoczne, płytki też, nie ma żadnego strachu że dziecko będzie miało kontakt z kablami. Klik guziczek i migająca niebieska lampka umożliwia Ci spokojny sen. Nie wstajesz z paniką i nie biegniesz do łóżeczka, kiedy w nocy wstajesz do toalety patrzysz na zegarek i nagle "Kurwa, mała/mały nie wstał od 5h" i skok pantery do łóżeczka i sprawdzanie czy oddycha, nie nasłuchujesz oddechu, nie stresujesz się. Ten magiczny guziczek, uruchamiający machinę monitorowania zapewni Ci niesamowicie komfortowy sen, komfortowy na tyle ile może być przy macierzyństwie.

4) LAKTATOR ELEKTRYCZNY. To jest przedmiot którego zakup proponuje po porodzie, ze względu na to że niestety nigdy nie wiadomo jak to będzie z tym karmieniem piersią, czy wyprodukujemy na tyle mleka żeby dziecko się najadało, czy w ogóle będziemy mieć pokarm, czy dziecina się będzie umiała przyssać i wiele innych czynników, który wpływa na karmienie piersią, bądź nie karmienie. Mnie osobiście laktator ułatwia życie, nie jestem chodzącą spiżarnią, umożliwia nam to (mnie i partnerowi) wyjście niekiedy gdzieś razem, kiedy znajdziemy opiekę dla naszej małej. Odciągasz pokarm, zostawiasz i WITAJ ŚWIECIE, WITAJ WOLNOŚCI! Początkowo kupiłam ręczny i było to najgorzej wydane 30 zł w moim życiu. Jeśli podejmujesz decyzje o laktatorze, to naprawdę nie warto babrać się w ręczny... Tylko zainwestować w elektryczny.

5) BAZA ISOFIX. Szczerze... To uważam że zasługuje również jak pieluchy jednorazowe na jakąś nagrodę. Jeśli jesteś rodzicem, podróżujesz dużo samochodem, dziecko razem z Tobą,  nie zastanawiaj się, kupuj. Jest to wydatek od 300 do nawet i 1000 zł ale to jest inwestycja warta rozważenia. Ja naprawdę jeżdżę z moją małą wszędzie, od wizyt u koleżanek, po zusy srusy, galerie,wszędzie. Jest niemalże zawsze ze mną, co za tym idzie nabijamy tych kilometrów naprawdę dużo. W czym pomaga mi ISOFIX?
  Po pierwsze: baza jest zainstalowana na stałe, co za tym idzie, nie wypinam jej za każdym razem gdy wyciągam, bądź wsadzam dziecko do auta. Prawdopodobieństwo popełnienia błędu przez nieuwagę, pośpiech, rutynę jest znikome, bo baza jest na stałe i tylko wpinasz nosidełko.
  Po drugie: odpukać w niemalowane w momencie jakiejkolwiek stłuczki, wypadku jest to dużo większe zabezpieczenia dziecka niż klasyczne zapinanie nosidełka pasami. Jest to zarazem ogromna wygoda dla mamy co wiąże się z prostotą użytkowania jak i bezpieczeństwo. A podróżując z dzieckiem bezpieczeństwo jest najważniejsze bo to już nie chodzi tylko o nas :)






I tak oto zamykam moją super subiektywną listę Magicznej Piątki. Mam nadzieję że te kilka osób, te kilka zabłąkanych dusz które jakimś cudem trafiły tutaj wyniesie coś mądrego z tego postu.

Pozdrawiam :)

wtorek, 11 kwietnia 2017

... przecież musi być coś więcej.

Ostatni post 13.10.2016 dziś 11.04.2017.

Inna pora roku. Inny rok. Inna rola: mama. Macierzyństwo. Dziecko. Partnerstwo. Poród.

Od mojego ostatniego postu wiele się zmieniło. Dzisiaj naszło mnie na refleksje, trenując. Tak, DA SIĘ BĘDĄC MAMĄ TRENOWAĆ. Da się wyjść z domu, na półtorej godziny na siłownie i uwaga! Życie trwa dalej, czas się nie zatrzymuję, ani nie nastaje kataklizm, a i dziecko wychodzi bez szwanku.
"Natalia (mój crossfitowy partner,crossfitowy bo to nowy rodzaj treningu który na stałe zagościł w moim harmonogramie tygodnia, przyszła matka chrzestna mojej córki, przyjaciółka) to już koniec, myślisz? Wiesz, nie zrozum mnie źle, ale czy to ten punkt kulminacyjny mojego życia? Jest coś więcej?"

Poczułam się chwilę jak na równi pochyłej. Jestem mamą, naprawdę nie sądziłam że będę się w tym spełniać, a jednak. Bycie mamą jest zajebiste, nie zamieniłabym tego na nic innego. Ale. No właśnie zawsze jest jakieś ale, Czy to już koniec? Poczułam się pozbawiona pasji, tak jakby bycie mamą było słońcem w układzie planetarnym,  wokół słońca krążą planety. Dzisiaj poczułam jakby wokół mojego słońca (bycie mamą) nie krążyła żadna planeta. Planeta mam na myśli pasja. Bo mimo zmian, to jednak staram się zachować pewną równowagę. Moje dziecko, na ten moment, trzymiesięczne, jest dość proste w obsłudze. Proszę nie wieszać na mnie psów, mam na myśli że jest po prostu grzeczne, Przesypia noce, nie ma kolek, jest radosna i spokojna. Umożliwia nam to, mnie i mojemu lubemu żyć chociaż trochę jak wcześniej tzn. nie zrezygnowaliśmy ze wszystkiego na rzecz macierzyństwa i tacierzyństwa. Opanowaliśmy lepiej zagadnienie: logistyka oraz partnerstwo. I tak kiedy ja jestem na treningu, on jest z małą i na odwrót. Kiedy on kąpie naszą dziecinę, ja idę z psem na dwór, itd, itd.

Razem, wspierając się, da się pogodzić wszystko. I tak jak pisałam kilka postów wcześniej, które notabene wszystkie przeczytałam bo musiałam sobie przypomnieć co tam wymyśliłam, da się mieć dziecko zarazem trenować, mieć porządek w mieszkaniu i ugotowany obiad.

Wiem, wiem, są skrajne przypadki kolek, itd. i wtedy nie jest tak łatwo, bo życie kręci się na noszeniu dziecka na rękach i  uspokajaniu, ale my mamy to szczęście,że nasze dziecko tak jak napisałam wcześniej jest proste w obsłudze :)

Ale wracając do tematu. To już koniec? Życie kręci się wokół macierzyństwa, nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę się w tym spełniam, sprawia mi to ogromną frajdę, ale tak jakby moje życie stało się pozbawione pasji. Trenuje, chodzę do fryzjera, do kosmetyczki robię rzeczy które sprawiają mi przyjemność, utrzymuję równowagę pomiędzy byciem mamą, a kobietą, no ale własnie, wrzuciłabym to do worka hobby, przyjemności,  nie ma pasji. Tak jakby nie było odpowiedzi na pytanie: co dalej? No bo właśnie co? Jaki jest cel? Wiadomo, jest cel, wychować córkę na mądrego i fajnego człowieka. O.K. ale jaki jest mój cel?  Mój osobisty, nie można przecież żyć bez celu. To takie tułanie się,bez sensu, życie z dnia na dzień, od śniadania do kolacji, od poniedziałku do piątku, trwanie, a nie życie, Rozwój osobisty. Ja. Co chce? Do czego dążę poza całym tym macierzyństwem, bo nie na tym świat się kończy, dzieci kiedyś wychodzą z domu. I mimo że do tego  jest bardzo daleko,to jednak nie chce obudzić się za 20 lat i zdać sobie sprawę że moje życie skończyło się na macierzyństwie. Bo przecież musi  być coś więcej, tylko co?





środa, 12 października 2016

Podróże małe i duże.

W połowie września podjęliśmy dość spontaniczną decyzję o wycieczce do Anglii. Mamy tam paru znajomych, którzy osiedlili się na stałe, pokupowali domy, założyli rodziny, układają sobie tam życie. Jakoś nigdy nie było po drodze jechać, odwiedzić. Ciąża i świadomość że pewien etap życia się zamyka dość szybko nas zmotywował. Lecimy! Ceny biletów bomba, wizyta u lekarza, zielone światło, ruszamy.

Obawiałam się samej podróży,  aczkolwiek lot samolotem przespałam jak dziecko, więc nie było powodu do narzekania, nasza dziecinka też bez większych ekscesów.

Sama Anglia... Mnie nie zachwyciła, ale Londyn. Oh Londyn :) Pogoda nie była łaskawa, ale to nic. Na pewno się jeszcze wybierzemy, bo ilość atrakcji jest ogromna, w jeden dzień człowiek nie jest w stanie tego wszystkiego ogarnąć. Obkupiliśmy maleńką na półtora roku do przodu.

Anglia... Dla mnie kraj absurdów.

Dwa krany. Jedną dłoń traktujesz wrzątkiem, od razu przed oczyma masz poparzenie trzeciego stopnia, natomiast druga dłoń jednoczy się z ludźmi mieszkającymi pod kołem biegunowym. Kto to kurwa wymyślił?



Żywienie... A raczej tradycyjne angielskie śniadanie, wszystko smażone, jajka sadzone, smażone pieczarki, smażone pomidory, smażone kiełbaski, fasolka w jakimś ohujałym sosie i tosty. O moje rozczarowanie, wchodząc do restauracji w hotelu w poszukiwaniu świeżych warzyw. Nope. Not this time.

Kurwa... Ruch lewostronny, nie będę tego komentować, ale jak widać absurdów może być wiele.



No i pogoda do dupy, mimo tego wszystkiego stało się coś niespodziewanego. Na London Eye, zostałam poproszona o rękę, nie żebym na to nie czekała, haha. No ale stało się, w samą porę. I tak skończyło się mówienie mój chłopak, muszę przestawić na narzeczony.

Jakbym mi ktoś 3 lata temu powiedział że będę w ciąży z pierścionkiem na palcu, nie uwierzyłabym. Zawsze widziałam się w innej roli, daleko mi było do matki, żony... Los mi dał że się zakochałam, moje plany wywróciły się do góry nogami. No i jest... Maleńka w drodze i złoty pierścionek na palcu. Narzeczony, pies, dziecko w drodze i plany, ale po sobie widzę że plany szybciutko mogą ulec zmianie.



Nie, nie żałuję. Mogłam się bawić, imprezować, pić, tańczyć, wracać  na czworaka do domu, przehulać wypłatę w jeden weekend. A mimo to będę się spełniać w innej roli, mam rodzinę, tą którą sama zakładam.


No bo gdzie z pustymi rękami do znajomych.




wtorek, 11 października 2016

"Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie..."

Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie... Oh, jakie to ckliwe i romantyczne. Prawda jest taka że wyobrażam sobie, baa, nawet pewnie by mi się ono podobało, pod kilkoma względami, hmm, na pewno. Ale?
Ale nie chce, nie chce sobie wyobrażać życia bez Ciebie, bo mimo że świat jest tak cholernie popieprzony. Ta gonitwa, za pieniędzmi, za tym żeby niczego nam nie zabrakło, żeby nie analizować czy możemy kupić butelkę coli za 6 zł czy może jednak kupimy 10 bułek i masło. Myślenie czy biorąc kredyt na mieszkanie za rok będziemy mieli pracę żeby spłacać raty? A zdrowie? Czy nie odwróci się od nas los, czy ktoś z nas nie zachoruje.
 Czy nagle nasza bańka przestanie być bańką i spadniemy i rozbijemy się obydwoje jak lodowe figurki o ziemie. I tak w pizdu do zajebania. A ja? Jak dziecko, wierze że nic nam nie straszne, bo choćbyśmy musieli rzucić wszystko w diabły i wyjechać za chlebem, za granice, z dziećmi, z psem to i tak damy sobie rade. Bo mimo że wyobrażam sobie życie bez Ciebie to nie chce.

Bo chce z Tobą na dobre i na złe i mimo że niekiedy iskry lecą w trakcie kłótni i Ty krzyczysz, ja płaczę, ja wychodzę Ty mnie trzymasz za rękę i chociaż czasami tak strasznie mnie wkurwiasz to i tak nie chce. Nie chce wyobrażać sobie życia bez Ciebie, a wiesz że poradziłabym sobie,bo jestem niezniszczalna. Ale razem, razem możemy wszystko, dopełniamy się.  Ty przyśpieszyłeś ja zwolniłam, zaczęliśmy żyć razem, jakbyśmy byli sobie pisani, więc po co? Po co mam żyć bez Ciebie. Jak nie chce.

wtorek, 27 września 2016

"Kochanie przecież wiesz że mam nie ładną szyję."

Kolejny piękny dzień, który  minął dość szybko.

Wstałam rano, przekopana w nocy przez nienarodzoną (cały czas się zastanawiam czy to aby córunia, czy jednak Lewandowski w wersji mini). Klasyczny poranek kawka, śniadanie dla mnie dla niego, parę telefonów, Facebook (no baa!).

Decyzja zapadła, wychodzę odwiedzić stare śmieci, czyt. miejsce pracy. No i dylemat, w co się ubrać. Przestałam się łudzić odnośnie tego że wejdę w swoje ciuchy, więc wszystkie gdzie na metce widnieje rozmiar 36-38 wyeliminowałam na dolną półkę szafy, co by sama się nie wkurwiać z rana. Jak wiemy w ciąży nastrój te sprawy dość istotne.
Poszłabym w dresach, ale co by wyglądać jak kobieta, w ciąży co prawda, przypominająca orkę, ale jednak kobieta a nie worek kartofli postawiłam na klasykę czarna sukienka, kryjące rajty (o hello sexy!) i sztyblety. Ha! No i Bóg mnie kurwa pokarał... Oj pokarał srogo. Sztyblety mimo że całe skórzane i tylko na koturnie nie na szpilce, to dały się we znaki. Ból stóp nie odpuszcza mnie do tej pory, autem niemalże wjechałam w sąsiada, co by być jak najbliżej klatki i  poczynić jak najmniej kroków na ostatniej prostej. I tak moje rusałkowanie: "Ooo tak! Idzie ona, patrzcie na nią jaka sarenka, z brzuchem, który uniemożliwia jej oglądanie swojej waginy ale proszę Państwa! Jak ona się porusza w tych sztybletach, nie straszne jej opuchnięte kostki, odciski na palcach, ba, nawet 10kg na plusie nie robi różnicy." No i kurwa skończyło się rusałkowanie, mało co z płaczem nie weszłam do domu. Obolałe stopy, odciski na palcu. No głupia baba. Głupia i w ciąży.

No ale pomijając małą wpadkę z obuwiem, ha, to nie koniec. Odwiedziłam swoja pracę, posiedziałam, pomachałam nóżkami, pochwaliłam się butkami, baa, usłyszałam nawet "Kochana te buty nie za wysokie dla Ciebie w tym stanie?" -No co Ty, zajebiste co?  (Głupia suka - sobie pomyślałam, Pomyślałam to czy powiedziałam? Uhh, pomyslałam tylko) I uwaga. Pomknęłam do galerii. Raz że potrzeba posiadania nowych perfum stała się moją obsesją, dwa, dzień chłopaka. Mimo że mojemu do chłopaka było bliżej w 95 roku, to jednak, prezent musi być.

I tak się błąkałam, każdy krok był dla mnie udręką, kurwa, każdy pierdolony krok bolał mnie niemiłosiernie. Ale myślę, nie poddam się, co ja? Nigdy w życiu! I tak z H&M'u do Reserved, to do Wittchen, to spowrotem do H&M, Nike, Adidas i cała masa innych chińskich sklepików z pięknymi manekinami i bilbordami: Be yourself! Challange yourself! Ja pierdole poczułam się jak w serialu coachingowy, możesz wszystko tylko uwierz, ferrari już na Ciebie czeka. Przeczytaj nasze motto! Chcesz mieć naszą bluzę, to nic że wyprodukowaliśmy ją z 5$ sprzedamy Ci za 350zł! Cieszysz się? No to morda w kubeł, bierz, ciesz się że ją masz i nie waż się reklamować! Z pokorą masz ją nosić!Be yourself KURWA!

Zrezygnowana, postawiłam na klasykę. Myślę no nie ma opcji. Będzie mu się podobać, lubi sweterki, kolor fajny inny niz szary i granatowych których pełna szafa, w serek. Rozmiar XXL jest, pani pyta zapakować na prezent. BINGO kurwa! 1:0 dla mnie sztyblety!

No i wracam do domu, klnąc w niebogłosy, słowa same wypływały z moich usta, struny głosowe samoistnie wchodziły w drgania i tak kurwa za kurwą, kurwę poganiałam. Jestem. Dom. Mój Boże w końcu.

Daje prezent, podekscytowany oh i ahy i nie trzeba było itd.

- W serek? Kochanie przecież wiesz że mam nie ładna szyję.

Bang! Bang!

P.S. Dzięki Bogu mam 30 dni na zwrot  lub wymianę. Pamiętajcie kochane. Dzień chłopaka 30 września :)


piątek, 23 września 2016

#czarnyprotest

Jestem przerażona.

Jestem przerażona tym co się dzieję z naszym krajem. Szczerze przestała zaskakiwać mnie ludzka naiwność, którą możemy dostrzec w aferze Amber Gold, gdzie naiwność zwyciężyła ze zdrowym rozsądkiem, lokata w złoto... Szybka droga do sukcesu. Nierealnie oprocentowane lokaty, inwestycja w złoto i inne kruszce. Przyjdź oddaj nam swoje oszczędności, my się nimi zaopiekujemy.  852 mln.... Osiemset pięćdziesiąt dwa MILIONY zdeponowanej gotówki. Brawo wy.

Metoda na wnuczka. Starsi ludzie łatwo mogą paść ofiarą jakiegoś oszustwa, ale moi drodzy, wybaczcie babcia mojego partnera notabene 83 lata, gdy z nią o tym rozmawialiśmy złapała się za głowę. Żeby komuś dać pieniądze, bo niby wnuk go przysłał, bo on miał wypadek. Najpierw dzwoniła by do niego, jeśli by nie odbierał to do mnie, a nie w ciemno: masz, bierz Pan. Niestety głupota.

Posyłanie dzieci sześcioletnich do szkoły. Sama byłam w tzw. zerówce w przedszkolu. Do szkoły poszłam od I klasy. I wiecie co? Nie czuję się z tego powodu skrzywdzona, że może moi rodzice wątpili w mój dar, bądź moją inteligencję, bądź cokolwiek kurwa innego. Z jakiej racji, ktoś ma mi kazać sześciolatka posłać do szkoły? To moje dziecko i to ja podejmuje decyzje.

Kolejne rewelacja. Pomysł zakazu handlu w niedzieli. No przecież nic tylko się śmiać. Pozostawię to bez komentarza. Jedno słowo. DEMOKRACJA.

Naćpani frustraci zdolni zabić za kradzież torebki, mimo że tak naprawdę może być w niej 50 zł.

Kurwa mać, ale bezwzględny zakaz aborcji. Zakaz badań prenatalnych? Więzienie za przerwanie ciąży? Przesłuchania w sytuacji poronienia? Rodzenie dziecka z deformacjami, wadami rozwojowymi, ależ oczywiście niemalże tak samo naturalne jak rodzenie dzieci pochodzących z gwałtów na kobietach. Nie zważania na życie i zdrowie matki. CHRONIĆ PŁÓD! CHRONIĆ PŁÓD!
JAROSŁAW POLSKĘ ZBAW!

Jestem przerażona, zamiast iść z duchem czasu, rozwijać państwo, wspierać społeczeństwo, rozbudowywać gospodarkę, to my cofamy się do średniowiecza. Gdzie kobiety rodziły pod drzewami, nikt nie notował ani nie badał śmiertelności ani ich samych, ani dzieci.
Właściwie zamiast aborcji, zawsze możemy jak w Sparcie, dzieci nie nadające się do armii zrzucać ze skarpy. Najlepiej jak będą wykonywać to ludzie z rządu.

Strach zachodzić w ciąże. Strach przed tym co się dzieje.Strach przed utratą kontroli. Państwo staje się naszym największym wrogiem. Walczmy o nas, o kobiety, o nasze dzieci narodzone, w drodze, nienarodzone, przyszłe, teraźniejsza, o prawo wyboru, prawo podejmowania decyzji. Dla nas, dla naszych córek, dla sióstr.

#czarnyprotest


poniedziałek, 19 września 2016

Idealnie nie idealni.



Czasami mam ochotę go zabić. Utopiłabym go w łyżce zupy (wierzcie mi i vice versa na pewno bo niezłe ze mnie ziółko, ale dobrze się kamufluje), albo zrzuciła z balkonu ale po chwili, niekiedy dłuższej, zastanawiam się: - I co byś robiła dalej? No cóż na rynku atrakcyjności singli spadłam. 
Oj, spadłam na łeb na szyję, haha no tak... Bo teraz będzie mnie dwie. Mój Boże to przerażające.
Mam przewagę. Ale bez niego ? Nudziłoby mi się. 
W okresie ciąży mniej się chyba rozumiemy,odnoszę takie wrażenie, on nie zdaje sobie sprawy co się ze mną dzieję. U niego za wiele się nie zmienia dopóki nie słychać krzyku małego dziecka i histerii matki (czyt. mnie) bo nie wiem co mam robić z noworodkiem. A ja? Mogę zacząć wyliczankę.
Nie śpię, jest to dokuczliwe w szczególności że to dopiero 23 tydzień więc jeszcze 17 przed nami. Ciężko znaleźć mi dogodną pozycję do spania, leżenie na brzuchu, moja ukochana pozycja odpada. Teraz tylko boki, a na boku, a to ręka drętwieje, to z nogą nie wiadomo co zrobić, to brzuch przeszkadza, to nogę trzeba ugiąć, to stopę wysunąć bo za gorąco.Ha! Zapomniałabym. Częstomocz. Jakieś 5 razy w ciągu nocy. Ja pierdole. Ponieważ mój brzuch od 20 tygodnia wystrzelił jak z procy nie przywykłam jeszcze do jego posiadania. I tu kolejny problem.... Schylanie się, nie jest to tak nie znaczące jak do tej pory. Gotowanie? O Jezus, moja ulubiona funkcja w domu. Uwielbiam! 
A teraz aby doprowadzić (doprowadzić to słowo automatycznie nasuwa drugi nieodłączny element: do orgazmu, doprowadzić do orgazmu, ale nie o tym ten akapit) obiad od początku do końca muszę siadać! Jak stara babcia. Nie jestem w stanie stać gotując. Szukam zamienników, obieram warzywa na siedząco, kroje, a wcześniej zawsze tylko stałam bo było mi najwygodniej. 
Sprzątać muszę na raty. Nie przelecę chaty na tzw. jednej szmacie od początku do końca. Wchodzenie po schodach. Dramat. W sobotę byliśmy w galerii. Mój luby poszukiwał butów. 
Wstyd było mi się przyznać bo jakby nie patrząc jestem kobietą, może teraz z dodatkowym bagażem z przodu ciała, ale dalej kobietą do cholery! Lawirowanie między półkami normalnie mnie męczyło, już wiem dlaczego Ci mężczyźni siedzą w różnych zakamarkach sklepów, solidaryzowałam się tym razem z nimi. A misje BUTY i tak zakończyła się niepowodzeniem.
 Higiena osobista. O to kolejny punkt na fantastycznej liście. Tak. Doszłam do tego etapu, że muszę wyciągnąć szyje aby JĄ zobaczyć, albo chociaż zweryfikować jak się ogoliłam, czy bliżej mi do bikini brazylijskiego czy wybiegu dla owiec (owiec już po strzyżeniu). Cellulit i rozstępy.
Wielkie dzięki dla pogody, doczekałam się że jest zimno i mogę chodzić w dresach, żeby nikogo nie gorszyć stanem moich ud, albo bardziej udźców w szortach. Cellulit - cały czas mi się wydaje że po porodzie wchłonie, jak woda w gąbkę. Na razie proszę mnie z błędu nie wyprowadzać jeśli tak nie jest, ale rozstępy! ROZSTĘPY! Boje się ich jak ognia, bo z nimi już nic nie zrobię. Więc co robię? Smaruje się, cały czas. O dzięki Ci składamy o Wielkim Palmersie za stworzenie masła z pompka na rozstępy dla kobiet w ciąży. Zapach tego specyfiku, cóż, pozostawia wiele do życzenia, jak dla kobiet w ciąży zbyt intensywny i mdły. I nie dość ze sama ze sobą walczę i z Palmersem to co słyszę od mojego kochającego partnera? -Ooo, znowu ten balsam antykoncepcyjny.
 Że aż mam ochotę napompować mu Palmersa do buzi. MASZ I ŻYJ Z TYM!
 Wahania nastroju. Powie mi coś krzywego, a ja od razu zalewam się łzami. Co się ze mną dzieję. Ciężko podejmuje mi się decyzję, w szczególności, gdy chodzi  o jedzenie. O tak. Teraz nigdy nie wiem na co mam ochotę, ale muszę mieć pełna lodówkę owoców inaczej wpadam w panikę. Seks. Zupełnie coś innego  niż do tej pory. Bielizna, drażni mnie praktycznie wszystko co nosiłam w ciąży. Stringi? Bleeh.... Koronki... Bleeeh.... Tyle rzeczy się zmienia. Do tego nie dopinam żadnych spodni.  Kochałam legginsy, stanowiły 80% mojej garderoby, teraz jestem już tak szeroka w biodrach że niekiedy boje się że utknę w framudze. I do tego ten wewnętrzny niepokój.
Każde zakłucie w brzuchu, każde swędzenie stopy (czy to już choleostaza czy jeszcze nie?), wszystkie bliżej niewytłumaczalne wycieki z waginy (czy tracę wody płodowe?) potęgują ten niepokój.

 A na koniec gdy ja się uzewnętrzniam usłyszę "Marta, jesteś w ciąży".
Zamiast trochę pogłaskać, trochę zrozumieć "Kochanie jesteś piękna", to tylko ciąża, ciąża, ciążą a no i drugie ulubione słowo mojego lubego H.O.R.M.O.N.Y.   WIEM! Cholera jasna,ważę 70kg, nie widzę własnej waginy nie da się zapomnieć o tym że jestem w ciąży! Nie mogę napić się wina, iść poprzerzucać żelastwa na siłowni, zapalić papierosa! WIEM, WIEM, WIEM że jestem w ciąży!
A meritum jest takie że przed nami jeszcze 17 tygodni.

Rozpoczynamy kolejny piękny tydzień. 12:41 dla większości połowa dniówki w pracy, dla mnie dzień dobry. Dobrze że chociaż mam mojego wiernego kompana, który nie opuszcza mnie nawet na kork :)
P.S. Zacytowałabym WINTER IS COMING z Gry o Tron. Ale może zostaniemy przy jesień.
 Jesień moi mili :)